Ukrainę czeka polityczne rozchwianie
Na trzy dni przed wyborami Julia Tymoszenko zagroziła zorganizowaniem masowych protestów, jeśli prezydent Wiktor Juszczenko nie podpisze zmian do ordynacji wyborczej przyjętych przez parlament. W Kijowie coraz częściej słychać, że szefowa rządu - w przypadku przegranej - zrobi wszystko, by zakwestionować rezultat. Takc jak Wiktor Janukowycz.
- Co będzie z Ukrainą po wyborach
- Tymoszenko grozi protestami
- Gęstnieje atmosfera na Ukrainie
- Przepraszają za "najazd polskich bojowników"
- Buzek widzi Ukrainę w Uni. Ale kiedy?
- 11 milionów Ukraińców słuchało Tymoszenko
- Janukowycz nie podebatował z Tymoszenko
- Janukowycz: Jadą tu bojownicy z Polski
- Jak Tymoszenko zdobyła pieniądze i władzę
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-02-15

temp. min -16°C max. 3°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Każdy wynik niedzielnego starcia oznacza dla Ukrainy długie miesiące niestabilności politycznej. A dla Polski brak klarownej sytuacji u najważniejszego sąsiada oznacza zablokowanie strategicznych projektów, których odmrożenia spodziewano się po wyłonieniu nowej głowy państwa.
Oficjalnym powodem wczorajszej groźby buntu ze strony Tymoszenko są przyjęte w środę zmiany do ustawy o ordynacji wyborczej. Poparli ją deputowani Partii Regionów Janukowycza, lojalna wobec ustępującego prezydenta Wiktora Juszczenki część klubu Nasza Ukraina - Samoobrona Ludowa i komuniści. Zgodnie ze zmienioną ustawą decyzje lokalnych komisji wyborczych będą prawomocne nawet w sytuacji, gdy nie będzie w nich kworum. Wcześniej potrzeba było do tego co najmniej 2/3 członków. Parlament zdecydował także m.in., że w razie paraliżu prac lokalnej komisji wyborczej, jej kompetencje może przejąć komisja okręgowa. "Jeśli ta ustawa wejdzie w życie i jeśli nie uda się nam zapewnić uczciwych wyborów prezydenckich, odwołamy się do narodu" - mówiła wczoraj Tymoszenko. Nawet jeśli nie oznacza to nowego Majdanu, czyli powtórki masowych protestów z 2004 roku, szefowa rządu zdobyła pretekst do zakwestionowania wyniku wyborów. A to oznacza, że w Kijowie dalej nie będzie jasne, kto tak naprawdę rządzi krajem.
Projekty, na które liczy Polska
Warszawa tymczasem liczy, że wybory prezydenckie 2010 będą szansą na zakończenie trwającego niemal od zakończenia pomarańczowej rewolucji kryzysu politycznego. Jego efektem jest m.in. paraliż decyzyjny Kijowa w sprawach międzynarodowych. Wraz z nowym prezydentem wszystko miało się zmienić.
Polska liczyła przede wszystkim na to, że nowy prezydent dojdzie do porozumienia z sąsiednią Białorusią i w przewidywalnej przyszłości zostanie uruchomiony rurociąg, który uniezależni Mińsk od ropy rosyjskiej, a w konsekwencji pozwoli również przez Białoruś znad Morza Czarnego transportować ropę do rafinerii w Możejkach, której właścicielem jest Orlen. Wówczas utrzymywanie Możejek przez Orlen miałoby sens. Na razie bowiem rafineria jest uzależniona od Rosji, która tuż po sprzedaży zakładu Polakom przestała pompować własną ropę. Pretekst? Stosowna odnoga gazociągu Przyjaźń "uległa uszkodzeniu". "Pomysł, któremu patronuje Warszawa, może być zrealizowany pod jednym warunkiem" - w Kijowie wyjaśni się, kto tak naprawdę sprawuje władzę" - mówi nam analityk CFC Consulting Wasyl Myrosznyczenko.
czytaj dalej




































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!