Nie lubisz walentynek? I tak cię dopadną
Pod względem dochodu walentynki są dziś drugim, po Bożym Narodzeniu, świętem. Tylko w 2009 roku w USA zarobiono na nim 17 mld dolarów. Są tacy, którzy powiedzieli "nie" pluszowym sercom i czekoladkom. Ale rynek, nasycony zakochanymi, wyciąga ręce i po antywalentynkowców.
- 10 najdroższych prezentów walentynkowych
- Walentynkowe wróżby i zwyczaje
- Włosi urządzają antywalentynki
- Walentynki pachnące perfumami
- Walentynkowy donat z gwiazdorskim farszem
- Znalazłam miłość. A ty?
- Co o uczuciach mówią kwiaty?
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-02-15

temp. min -16°C max. 3°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Luty 1990 roku. Kampus Uniwersytetu Rutgersa w amerykańskim stanie New Jersey. Zbliżają się walentynki, lukier ścieka ze sklepowych wystaw, tonących w różach i czerwonych sercach. 18-letni student Marc Leonard ma dość tej atmosfery. - Ja i moja ówczesna dziewczyna mieliśmy nieco cyniczne spojrzenie na wiele spraw, a zwłaszcza na walentynki. Postanowiliśmy wydać antywalentynkowe przyjęcie, na którym każdy nosiłby czarne stroje, w kolorze czarnym miało być też całe jedzenie i napoje - wspomina dziś Leonard w rozmowie z DGP.
14 lutego Marc i jego dziewczyna wprowadzają swój plan w życie. Meble w pokoju w akademiku przykrywają czarnym materiałem, serwują czekoladowe ciasteczka, oliwki i cukierki lukrecjowe oraz drinki: Black Russian i Johnny Walker Black. W tle przygrywa Depeche Mode. Wejść może każdy - samotny i z parą (pod warunkiem że para w drzwiach się rozstaje i bawi się osobno). Tak rodzi się Black Hearts Party - symbol ruchu sprzeciwu wobec walentynkowej komercji. Organizatorzy są pozytywnie zaskoczeni liczbą ludzi, którzy podobnie jak oni wierzą, że "miłość to wiele rzeczy i część z nich wcale nie jest ładna", i chcą wystąpić przeciwko "armii pluszowych białych misiów, które napadają na nas z każdej witryny sklepowej i stacji benzynowej" - jak napiszą w opublikowanym później manifeście pomysłodawcy Black Hearts Party.
Marc Leonard nie chce być źle zrozumiany. - Nasza inicjatywa szybko zyskała przydomek "antyromantyczna", chociaż wierzymy w miłość. Ale uważamy, że to coś, co rodzi się pomiędzy dwojgiem ludzi. I nie potrzeba internacjonalistycznego święta, by to uczucie wspólnie przeżywać. Tym bardziej nie uważamy, że akurat tego dnia musimy wydać pieniądze, by zademonstrować komuś naszą miłość - mówi.
Dolary z czerwonych serc
Jeśli chodzi o wysokość obrotów handlowców na świecie, walentynki są dziś drugim po Bożym Narodzeniu świętem. W USA tylko w 2009 r. tzw. czerwone walentynkowe dolary wygenerowały zysk rzędu 17 mld dol. Z danych National Retail Federation (Krajowe Stowarzyszenie Handlu Detalicznego) z 2008 r. wynika, że przeciętny Amerykanin wydaje na to święto ok. 130 dol., przy czym mężczyźni prawie dwa razy tyle ile kobiety. Ponad połowa nabywa kartki, prawie co drugi wybiera się na kolację, a co trzeci kupuje kwiaty. Do tego dochodzą wydatki na kino, czekoladki, a nawet biżuterię czy wakacje.
Polski rynek walentynkowych wydatków szacowany jest na kilka miliardów złotych. To sporo, bo święto ma u nas zaledwie kilkunastoletnią tradycję. Według sondażu GfK Polonia co trzeci Polak kupuje coś na walentynki, a ponad połowa ankietowanych akceptuje to święto.
Popularność antywalentynkowego przedsięwzięcia przeszła najśmielsze oczekiwania Leonarda. - W pierwszych imprezach uczestniczyło od 50 do 100 osób. Ale gdy ze swym współlokatorem Darrylem Jeffersonem przeprowadziliśmy się do Hoboken w stanie New Jersey i przyjęcia zaczęły odbywać się w naszym apartamencie, liczba gości urosła do prawie 200 osób - wspomina Leonard. Pocztą pantoflową wieść o nietypowym party rozeszła się wśród nowojorczyków. Choć na przyjęcie można było wejść tylko z zaproszeniem, to liczba chętnych do kontestowania walentynek rosła w błyskawicznym tempie.
Czytaj dalej >>>




































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!