Dziennik.plŚwiat

Poniedziałek, 28 maja 2012

Imieniny: Augustyna, Jaromira, Wilhelma

Rosjanie odważyli się protestować

2010-02-28 | Ostatnia aktualizacja: 21:46 | Komentarze: 0 | skomentuj

Choć kryzys gospodarczy nie uderzył w Rosję tak mocno, jak się tego spodziewali najwięksi czarnowidze, nad Wołgą lawinowo rośnie liczba protestów. Wiece są rekordowo liczne – jak na warunki rosyjskie - a na dodatek regułą stają się żądania nie do pomyślenia jeszcze półtora roku temu - dymisji premiera Władimira Putina.

Pogoda

POLSKA

Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 3°C max. 24°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Samara i Irkuck, Kaliningrad i Angarsk – we wszystkich tych miastach w ciągu ostatnich kilku tygodni doszło do wielotysięcznych manifestacji, podczas których obok haseł czysto ekonomicznych pojawiały się postulaty polityczne. Wieców nie organizowała kanapowa rosyjska opozycja, lecz lokalne stowarzyszenia i związki zawodowe. Według opublikowanych właśnie danych Centrum Praw Społeczno-Pracowniczych (CSTP) liczba strajków w 2009 r. w porównaniu z rokiem poprzednim wzrosła w Rosji o 66 proc. – z 93 do 272.

Taki scenariusz przewidywali u progu kryzysu przywódcy opozycji. – Kiedy pojawia się wielu bezrobotnych, w kraju rośnie napięcie społeczne. W przyszłym roku będą spełnione wszelkie warunki dla buntu społecznego – mówił nam w grudniu 2008 r. Garri Kasparow. Rzeczywiście, rosyjska prowincja coraz bardziej traci cierpliwość. Do protestów doszło w ostatni wtorek podczas Dnia Obrońcy Ojczyzny, a także w niedzielę 21 lutego. – Jedna Rosjo, oddaj władzę! – krzyczał tłum w Bałakowie, 200-tysięcznym mieście w obwodzie saratowskim. 13 lutego na ulice Samary wyszło ponad 1,2 tys. osób, żądając dymisji rządu. Do protestu podłączyli się nawet komuniści, którzy zazwyczaj bardzo ostrożnie traktują wszelkie realnie antyrządowe akcje. Mieszkańców Samary szczególnie wzburzyła perspektywa bankructwa lokalnego klubu piłkarskiego Krylja Sowietow. Gdy jej kibice zagrozili buntem, sponsorzy szybko się znaleźli, nie bez pomocy lokalnej administracji.

Do największego wybuchu doszło jednak 30 stycznia tuż przy polskiej granicy. Na ulice Kaliningradu wyszło 10 tys. osób, żądających dymisji Putina i lokalnego, ale traktowanego w obwodzie jako intruza z Moskwy, gubernatora Gieorgija Boosa. W protestach wzięli udział zarówno uznawani przez Kreml za radykałów działacze Solidarności, bardziej umiarkowanego Jabłoka, jak i koncesjonowana parlamentarna opozycja – komuniści, liberalni demokraci Władimira Żyrinowskiego, a nawet współpracująca zazwyczaj z rządem Sprawiedliwa Rosja, na której czele stoi szef izby wyższej rosyjskiego parlamentu Siergiej Mironow. I choć Mironow kajał się potem za ostre słowa pod adresem Putina, zaniepokojenie władz pozostało. Nic dziwnego: tak dużych protestów nie było co najmniej od tzw. buntów ulgowych 2005 r., gdy tysiące emerytów wyszły na ulice w proteście przeciwko pozbawieniu ich niektórych socjalnych przywilejów.

czytaj dalej

Michał Potocki
Źródło: dziennik.pl
12następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!
«