Tak tropi się korporacyjnych oszustów
Pracujemy dla największych korporacji na całym świecie, które podejrzewają jakieś finansowe nieprawidłowości lub są o nie podejrzewane. Nie jesteśmy policją ani prokuraturą. Ale potrafimy dotrzeć tam, gdzie one nie potrafią - mówi David Stulb, były oficer CIA, specjalista od zwalczania nadużyć.
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
RAFAŁ WOŚ: Zajmuje się pan ściganiem nieuczciwych białych kołnierzyków. Tropi pan winnych korupcji, defraudacji czy kreatywnej księgowości. Jak to się robi?
DAVID STULB*: To bardzo trudne, bo w przeciwieństwie do pospolitych przestępstw nie ma tu corpus delicti, a często także i dymiącego rewolweru. Pracujemy dla największych korporacji i firm na całym świecie, które podejrzewają jakieś finansowe nieprawidłowości lub są o nie podejrzewane. Nie jesteśmy ani policją, ani prokuraturą. Ale czasem potrafimy dotrzeć tam, gdzie one nie potrafią, lub przygotować im grunt pod ostateczne dochodzenie.
Większość spraw zaczyna się od tzw. whistleblowera, czyli osoby, która podnosi alarm. To amerykańska instytucja, która 10-15 lat temu istniała tylko w Stanach Zjednoczonych i od niedawna zaczyna pojawiać się w środowiskach korporacyjnych na całym świecie. Whistleblower to po prostu pracownik dobrze rozumiejący, co się wokół niego dzieje, profesjonalista, który zaczyna dostrzegać w funkcjonowaniu firmy podejrzane praktyki. Z reguły pisze anonimowy list, w którym informuje o tym swoje władze, a gdy to nie pomaga nawet media. W ostatnich latach, po serii afer księgowych w USA na przełomie stuleci, dostrzegam nawet taką tendencję: coraz więcej profesjonalistów doskonale wie, co jest dobre i co złe. I oni nie zamierzają siedzieć cicho.
Whistleblower podnosi alarm i wtedy wkracza pan?
Zarząd firmy zaalarmowany przez whistleblowera lub przyciśnięty presją odpowiedniej agencji rządowej zwraca się wtedy do nas, byśmy w miarę dyskretnie zbadali sprawę, zanim zacznie żyć własnym życiem. Mamy sprawdzić przede wszystkim to, czy whistleblower jest wiarygodny. Badamy, czy jego przypuszczenia są podbudowane faktami, czy też chce pogrążyć jakiegoś Billa albo Sue, którzy zaszli mu za skórę. To duża odpowiedzialność: jeżeli nie uwierzymy whistleblowerowi i doradzimy zarządowi porzucenie śledztwa, a sprawa trafi na przykład do mediów i okaże się, że przekręty naprawdę miały miejsce, firma ma kłopot. Mogą wtedy zostać oskarżeni o ukręcenie głowy sprawie. Może się też zdarzyć odwrotna sytuacja: jeśli będziemy przed dłuższy czas węszyć wokół jakiejś zupełnie niepotwierdzonej faktami plotki, zarząd zostanie oskarżony o marnowanie pieniędzy udziałowców i czasu menedżerów. Nie mówiąc już o obniżeniu morale zespołu.
Jak wygląda wasze śledztwo? Działacie jak policja czy raczej jak psychologowie?
Czytaj dalej >>>


























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!