Lepszy bunt obywateli niż gniew wierzycieli
Rządy Islandii, Grecji, Węgier, Ukrainy czy Łotwy godzą się nawet na najbardziej drastyczne oszczędności, byle spłacić długi. Mając do wyboru wojnę z międzynarodowymi rynkami finansowymi albo otwarty konflikt ze społeczeństwem, władze Islandii uznały, że wolą uniknąć tego pierwszego.
- Niemcy wyjdą ze strefy euro?
- Mandarynkowa rewolucja przeciwko Kremlowi
- Los Angeles na krawędzi bankructwa
- Studenci nie chcą ministra-ukrainożercy
- Strefa euro przyjęła plan pomocy Grecji
- Polska gospodarka jest w stanie śpiączki
- W Polsce zbankrutują setki firm
- Przez nich splajtowała Islandia
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 26°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Jak na kraj, który od lat chwalił się protestancką etyką i skandynawską uczciwością, wynik był porażający. W przeprowadzonym w minioną sobotę referendum zaledwie półtora procent Islandczyków poparło rządowy plan zwrócenia Wielkiej Brytanii i Holandii 3,9 mld euro, jakie obywatele tych krajów stracili z powodu bankructwa islandzkiego banku internetowego Icesave. - Warunki, jakie próbuje nam się narzucić, są horrendalne. To tak, jakbyś stłukł komuś aparat fotograficzny, a on domagałby się od ciebie czterokrotności jego ceny i to pod zastaw domu - mówił August Kalsson, rehabilitant z Rejkjawiku dziennikarzowi Financial Times po wyjściu z punktu wyborczego. Dookoła wszyscy kiwali z aprobatą głową.
Zgodnie z porozumieniem zawartym z Brytyjczykami i Holendrami każda islandzka rodzina miałaby zapłacić równowartość 48 tys. euro (ok. 200 tys. zł). I to za grzechy, które popełnił nierozważny zarząd prywatnego banku.
Ale jeszcze bardziej szokująca od wyniku referendum była reakcja rządu. W jednej z najzamożniejszych zachodnich demokracji władze całkowicie zignorowały opinię obywateli. Uznały, że mając do wyboru wojnę z międzynarodowymi rynkami finansowymi albo otwarty konflikt ze społeczeństwem, wolą uniknąć tego pierwszego. - Rzecz jasna w pełni wywiążemy się ze zobowiązań wobec Brytyjczyków i Holendrów - powiedział jeszcze w sobotę Steingrimur Sigfusson, minister finansów. Jednak polityczna cena takiego ruchu będzie katastrofalna. Z pewnością w najbliższych wyborach obecna ekipa zostanie wysłana na polityczną emeryturę, a jej członkowie, od premiera po jego najskromniejszego doradcę, przez długie lata będą musieli szukać sobie nowego zajęcia.
Konsekwencje pójścia za głosem wyborców byłyby jednak o wiele poważniejsze. Dla władz Grecji, Węgier, Łotwy, Islandii czy Abu Zabi, które w ostatnim roku musiały przejść bolesną kurację oszczędnościową, wniosek jest jeden: trzeba spłacać swoje długi, nawet kosztem zmierzenia się z buntem własnych obywateli. - To jak z wpisaniem do rejestru przestępców: gdy dane państwo przestaje płacić, samo skazuje się na na banicję - tłumaczy Ryszard Petru, główny ekonomista BRE Banku. - Banki komercyjne, fundusze inwestycyjne, MFW, inne państwa: nikt nie chce mu więcej czegokolwiek pożyczyć. A w dzisiejszym świecie globalnej gospodarki skutek jest taki sam, jak odcięcie ciężko chorego pacjenta od kroplówki - dodaje.
Dla Islandii ryzyko takiego scenariusza wcale nie jest teoretyczne. W opublikowanym w tym tygodniu przez londyńską agencję CMA zestawie krajów, którym najbardziej grozi bankructwo, Islandia znalazła się na mało zaszczytnej, ósmej pozycji: po Argentynie, Wenezueli, Ukrainie, Pakistanie, Dubaju, Iraku i Łotwie (CMA nie uwzględnia najmniej stabilnych krajów Afryki, Azji i Ameryki Łacińskiej, którym w ogóle już nikt nie chce pożyczać). - Oceniamy, że ryzyko bankructwa Islandii w nadchodzących pięciu latach wynosi 25,23 proc. - mówi ekspert CMA, który nie podaje nazwiska, nie zezwala na to kodeks firmy.
Czytaj dalej >>>

























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!