"To bluźnierczy akt, sprzeczny ze wszystkimi wartościami" - grzmiał Siergiej Ławrow, minister spraw zagranicznych Rosji. A Estończycy spokojnie odpowiadają, że są niepodległym państwem i mogą robić, co chcą. A sowieckie pomniki kojarzą się im tylko z okupacją i 50 latami zacofania. Dlatego chcą wymazać wszystkie ślady komunizmu.

Rosjanie, którzy wciąż nie mogą się pogodzić z tym, że Estonia nie jest już pod moskiewskim butem, grożą, że sięgną po swoją ulubioną broń - zakręcą kurki z surowcami energetycznymi. Szef komisji spraw zagranicznych parlamentu Konstantin Kosaczow już straszy Estonię, że "ta uchwała będzie miała katastrofalne następstwa we wszystkich sferach stosunków rosyjsko-estońskich, zwłaszcza w handlu i gospodarce".

Przez pięć godzin w kierunku Tallina płynęły groźby. I poskutkowało - prezydent Estonii zapowiedział, że nie podpisze dokumentu przyjętego przez deputowanych. Ale ci nie zamierzają rezygnować. Wygląda więc na to, że Rosji udało się - celowo bądź nie - skłócić Estończyków między sobą.