Co najmniej pięć osób zginęło w mieście Homs, gdy siły bezpieczeństwa otworzyły ogień do demonstrantów. Dwaj inni demonstranci zginęli w dzielnicy Midane w Damaszku" - powiedział Abdel-Karim Rihaul z Syryjskiej Ligi Praw Człowieka.

Rami Abdel Rahmane z Syryjskiego Centrum Praw Człowieka poinformował też, że w miejscowości Dmeir w pobliżu stolicy kraju śmierć poniosło sześć osób.

W zbuntowanym mieście Hama na zachodzie Syrii w demonstracjach uczestniczyło ponad 450 tysięcy ludzi.

Piątkowe protesty w całym kraju odbyły się pod hasłem "Nie dla dialogu" z reżimem prezydenta Baszara el-Asada.

Według oficjalnej syryjskiej agencji prasowej Sana, "dziesiątki tysięcy ludzi zebrały się w piątek w Damaszku, aby wyrazić sprzeciw wobec mieszania się obcych państw w sprawy syryjskie i wizyty ambasadora USA w Hamie".

Sana twierdzi, że "manifestacje poparcia" dla reform zapowiedzianych przez prezydenta Asada odbyły się w piątek w kilku większych miastach.


Wizyta w Hamie amerykańskiego ambasadora w Syrii Roberta Forda spotkała się z ostrym sprzeciwem syryjskich władz, które oświadczyły, że takie gesty nawołują do przemocy. Władze w Damaszku ostrzegły przed "takim nieodpowiedzialnym postępowaniem" i "zapewniły o swojej determinacji w celu utrzymania spokoju i stabilności w kraju".

W geście poparcia dla demonstrujących do Hamy przyjechał też ambasador Francji Eric Chevallier.

Hama była w 1982 roku ośrodkiem zorganizowanego przez Bractwo Muzułmańskie powstania przeciwko ojcu obecnego prezydenta - Hafezowi el-Asadowi. Wojsko krwawo stłumiło tamto powstanie, zabijając co najmniej 10 tys. ludzi.

Według obrońców praw człowieka podczas trwającej w Syrii od połowy marca rewolty przeciwko reżimowi prezydenta Asada siły bezpieczeństwa zabiły ponad 1400 cywilów, w większości nieuzbrojonych uczestników protestów.