W piątek setki tysięcy demonstrantów, protestujących przeciwko reżimowi prezydenta Baszara el-Asada, wyszły na ulice syryjskich miast w największej - według agencji - akcji tego rodzaju od rozpoczęcia rewolty w połowie marca.

Służby bezpieczeństwa zabiły siedem osób w Damaszku i trzy w Idlibie, kiedy strzelały do tłumu, żeby rozproszyć demonstracje. Kolejne ofiary odnotowano w Darze, na południowym zachodzie, gdzie cztery miesiące temu wybuchły protesty przeciwko Asadowi, i w mieście Hims - twierdzą obrońcy praw człowieka.

Publiczna syryjska telewizja poinformowała z kolei o "śmierci jednego cywila, który zginął z rąk uzbrojonych ludzi w Idlibie". Syryjskie władze oskarżają o odpowiedzialność za akty przemocy w kraju "zbrojne gangi terrorystów".

Według przeciwników Asada w piątek w Syrii manifestowały setki tysięcy ludzi, przede wszystkim w miastach Dajr az-Zaur, Hamie i Damaszku. Ich uczestnicy domagali się uwolnienia osób aresztowanych w czasie protestów i ustąpienia prezydenta Asada. W demonstracji w Dajr az-Zaur, we wschodniej Syrii, udział wzięło ok. 350 tys. osób. Z kolei w Hamie, na zachodzie kraju, na ulice wyszło 150 tys. przeciwników Asada. Wielkie manifestacje odbyły się także w miastach Rakka i Aleppo.

Jak w każdy piątek od rozpoczęcia antyprezydenckiej rewolty w połowie marca, przeciwnicy Asada zwołali się na Facebooku, by zamanifestować poparcie dla "zakładników wolności", czyli tysięcy więźniów politycznych i demonstrantów przetrzymywanych w Syrii.

Syryjskie władze nie wpuszczają do kraju zagranicznych mediów, dlatego precyzyjne ustalenie liczby ofiar jest niemożliwe. Obrońcy praw człowieka i działacze opozycji twierdzą, że w sumie od połowy marca śmierć poniosło 1,6 tys. osób.