Ranny mężczyzna jest teraz w szpitalu. Przeszedł już jedną operację, ale czeka go następny zabieg. Kula, która utkwiła w jego ramieniu, rozpadła się.

Relacja pochodzącego z Polski i mówiącego po polsku Norwega jest wstrząsająca. Adrian Pracoń w rozmowie z TVN24 przyznał, że pierwsze odgłosy strzałów zlekceważył. Nie dopuszczał do siebie myśli, że może dziać się coś złego. Dopiero widok uciekających ludzi, padających na ziemię martwych znajomych, sprawił, że sam zaczął uciekać. "Wszyscy zaczęli biec w panice, niektórzy się chowali. Chowali się w namiotach, ale on zaczął do nich strzelać" - mówi.

On sam ratował się, podobnie jak wielu innych, ucieczką do wody. "Nie zdążyłem się rozebrać, w ubraniach i w gumiakach wskoczyłem do wody. Nie mogłem pływać, więc wróciłem  na brzeg. On stał na brzegu i zaczął strzelać do tych, którzy byli w wodzie. Mnie zauważył i zaczął do mnie celować, był może 10 metrów ode mnie. Zaczął krzyczeć, że mam umrzeć, a ja krzyczałem: nie, proszę, nie. On się odwrócił i odszedł" - opowiada mężczyzna. Mówi, że wtedy było z nim około 20 osób.

>>> Zamachowiec wysłał plan ataku mailem

"Wrócił po godzinie i zabił 17 osób dookoła mnie. Udawałem, że nie żyję. Koledzy i koleżanki padali dookoła mnie. Używałem ich, żeby się przykryć. On podszedł do mnie, słyszałem jego buty, słyszałem jak oddycha. Strzelił mi w ramię. Ja się nie ruszyłem. To mi uratowało życie" - relacjonuje.

Mówiąc o mordercy podkreśla, że działał on z widoczną premedytacją. "Był zimny, był skoncentrowany, wiedział, co robi. Mówił, że mamy wszyscy umrzeć, że to jest nasz ostatni dzień" - opowiada.

>>> Podziwia Churchilla, słucha muzyki poważnej. Kim jest zamachowiec z Norwegii?

W strzelaninie na wyspie Utoya zginęło co najmniej 85 osób. Wciąż trwają poszukiwania zaginionych.