Szczególnie ważne było zwycięstwo Romneya w Michigan, jego rodzinnym stanie, gdzie jeszcze niedawno Santorum prowadził w sondażach. Komentowano, że ewentualna porażka byłego gubernatora w Michigan pogrążyłaby go w oczach wyborców republikańskich w całym kraju.

W Michigan Romney wygrał nieznacznie, zdobywając 41 procent głosów, podczas gdy Santorum otrzymał ich 38 procent. 12 procent wyborców głosowało na kongresmana z Teksasu Rona Paula, a 7 procent - na byłego przewodniczącego Izby Reprezentantów, Newta Gingricha.

"Nie wygraliśmy wysoko, ale wystarczająco, i tylko to się liczy" - powiedział Romney po zwycięstwie, używając liczby mnogiej jak większość kandydatów w amerykańskich wyborach.

W prawie półgodzinnym przemówieniu ani słowem nie wspomniał o Santorumie. Było ono w całości poświęcone atakom na prezydenta Obamę, któremu Romney zarzucał, że powiększył deficyt budżetu, a jego polityka jest nieprzyjazna biznesowi. Obiecywał, że jeśli zostanie prezydentem, obniży podatki i usunie zbędne regulacje krepujące gospodarkę.

Dzięki wygranej w Arizonie Romney zdobył wszystkich delegatów z tego stanu na republikańską konwencję przedwyborczą, która nominuje kandydata GOP na prezydenta. W Michigan delegatów przydziela się w systemie proporcjonalnym, a więc sporą ich część dostanie także Santorum.

Za tydzień, 6 marca, w tzw. superwtorek, prawybory odbędą się w 10 stanach. Około połowy z nich to stany tzw. pasa biblijnego na południu, gdzie na zwycięstwo liczą Santorum i Gingrich. Santorum prowadzi też w sondażach w Ohio, dużym i ważnym stanie, który także będzie głosować w superwtorek.

Chociaż dzięki sukcesowi w Michigan i Arizonie kampania Romneya prawdopodobnie nabierze rozpędu, komentatorzy przewidują, że wyścig może się przeciągnąć. Sprzyja temu proporcjonalny system rozdziału delegatów na konwencję, dominujący w stanach następnych prawyborów.