Tallin, który liczy 416 tysięcy mieszkańców, nie jest jedynym przykładem podobnych eksperymentów z biletami komunikacji miejskiej. Niekoniecznie kończących się sukcesem.

Zniesienie opłat w stolicy Estonii poparło w referendum 3/4 głosujących. Pomysł jest prosty: przybysze spoza stolicy i turyści nadal będą musieli kupować bilety, aby skorzystać z miejskich autobusów. Dlatego miasto ma nadzieję, że osoby pracujące i mieszkające w Tallinie, ale niezameldowane i niepłacące tu podatku zmienią zdanie i zalegalizują swój pobyt. A wpływy z ich podatków pokryją stratę 20 mln euro ze sprzedawanych do tej pory biletów.

Tym samym stolica Estonii dołączyła do grona kilkudziesięciu miast na świecie, które oferują mieszkańcom darmowy transport. Wśród nich tylko dwa mają więcej niż 100 tys. mieszkańców: podparyski Boulogne-Billancourt i Vero Beach na Florydzie.

To nie przypadek. W dużych miastach ta idea się nie sprawdza. W Bolonii, mieście o liczbie ludności porównywalnej do Tallina, eksperymentowano z darmowymi autobusami w latach 70. Program generował jednak zbyt duże koszty. Do biletów wróciła też część miast w USA, m.in. 790-tysięczne Austin w Teksasie. Rezygnacja z opłat doprowadziła tam do wzrostu przestępczości, a liczba pobić w autobusach i kolejkach wzrosła trzykrotnie w ciągu trzech miesięcy od wycofania biletów. Z kolei w Miami Beach na Florydzie przywrócenie symbolicznej 25-centowej opłaty za bilet obniżyło liczbę aktów wandalizmu o 90 proc.

Innym niepożądanym efektem jest zbyt szybki wzrost popytu. W belgijskim Hasselt liczba pasażerów w ciągu dwóch lat od zniesienia opłat wzrosła o 690 proc. Tłok robią nie tylko ekskierowcy, którzy zmienili nawyki na korzystniejsze dla środowiska, lecz także mieszkańcy, którzy wcześniej chodzili do pracy na piechotę bądź jeździli rowerami.