Według najnowszego sondażu "Wall Street Journal" i telewizji NBC News, gdyby wybory odbyły się dziś, na Obamę i Romneya oddałoby głos po 47 procent tzw. prawdopodobnych wyborców, czyli tych, którzy zdecydowanie deklarują zamiar głosowania 6 listopada.

Niektóre inne sondaże wskazują jednak na przewagę Romneya. W sondażu Instytutu Gallupa, który codziennie mierzy poparcie dla obu kandydatów, 51 procent prawdopodobnych wyborców popiera kandydata Republikanów, a tylko 45 procent prezydenta.

Romney zyskuje ostatnio nawet w stanach, które do niedawna uchodziły za pewny łup Obamy, jak np. Pensylwania. W stanie tym, w którym wyborcy od 1988 r. głosowali na demokratycznych kandydatów na prezydenta, przewaga Obamy nad Romneyem zmniejszyła się do 4 pkt proc. (50 do 46 procent wg sondażu Uniwersytetu Quinnipiac).

Podobnie jest w Ohio, stanie uważanym za kluczowy bastion Demokratów. W Kolorado, na Florydzie, w Karolinie Północnej, Wirginii i kilku innych "swing states" republikański kandydat wysunął się przed prezydenta.

W poniedziałek w Boca Raton na Florydzie odbędzie się wieczorem (czasu lokalnego) trzecia i ostatnia debata telewizyjna obu polityków, poświęcona w całości polityce zagranicznej.

Tego samego dnia sztab Demokratów wypuścił w eter nowe telewizyjne ogłoszenie przedwyborcze, które wychwala osiągnięcia Obamy na arenie międzynarodowej. Przypomina się w nim o zabiciu Osamy bin Ladena, zakończeniu wojny w Iraku i wycofaniu z Afganistanu 30 tysięcy wojsk amerykańskich.

Spot nie wspomina, że chodzi tu o wojska, które sam prezydent wysłał uprzednio do Afganistanu w ramach tzw. surge, czyli liczebnego wzmocnienia sił w tym kraju, aby powstrzymać ofensywę talibów.

Kampania prezydencka koncentruje się teraz głównie wokół agitacji wyborców przez ich partie, aby nie zawiedli i poszli głosować. Działacze i ochotnicy w stanach wahających się chodzą po domach zwolenników obu kandydatów i bombardują ich telefonami i e-mailami.

Z Waszyngtonu Tomasz Zalewski (PAP)

tzal/ mc/