Nakaz pacyfikacji protestów w Stambule był obowiązkiem premiera - tak szef tureckiego rządu Recep Tayyip Erdogan tłumaczy akcję policji, która wyparła demonstrantów z parku Gezi w tym mieście. Premier Turcji oświadczył, że dalszych protestów nie dałoby się znieść.
Sytuacja w Stambule wciąż jest napięta. Specjalny wysłannik Polskiego Radia, Michał Żakowski relacjonuje z jednej z głównych ulic, że tysiące osób usiłują dostać się na plac Taksim. Demonstrujący rzucają w policję kamieniami, demolują oświetlenie miejskie i światła drogowe. Co chwila oddziały policji odpowiadają gazem łzawiącym. Nad uliczkami unosi się dym.

Funkcjonariusze usiłują rozgonić tłum zbierający się co chwilę na głównej arterii, a demonstranci uciekają na mniejsze uliczki. Na jednej z nich płonie barykada. Widać ogień i dym.  W internecie pojawiają się doniesienia anonimowych świadków zamieszek w Stambule. Powołują się oni na źródła medyczne i informują, że rannych jest o wiele więcej, niż podają tureckie służby państwowe. Lekarze, którzy udzielają pomocy licznym poszkodowanym, nie mają często czasu na leczenie planowych pacjentów, leżących w szpitalach. Podejrzewają też, że policja dodaje kwasu do wody i gazu, rozpylanego na demonstrantów. Według lekarzy, wskazywałyby na to poparzenia na skórze rannych, które nie powinny pojawiać się po zwykłym gazie łzawiącym.