O możliwości interwencji w Syrii zaczęło się mówić po doniesieniach, że pod Damaszkiem zginęło 1,3 tys. osób w wyniku użycia przez siły rządowe broni chemicznej. O przeprowadzenie ataku władze oskarżyli rebelianci.

- To, co zobaczyliśmy w Syrii przed tygodniem, powinno wstrząsnąć sumieniem świata - powiedział szef amerykańskiej dyplomacji. John Kerry stwierdził, że nie sposób zaprzeczyć temu, że w Syrii użyto broni chemicznej. Jego zdaniem za atak z użyciem broni chemicznej odpowiadają siły Baszara el-Asada, a władze Syrii niszczą dowody, że doszło do zbrodni. 

W tej sytuacji - według wysokiego rangą przedstawiciela Białego Domu, cytowanego przez NBC - ataki rakietowe USA na cele w Syrii mogą rozpocząć się za dwa dni. Wiadomo przy tym, że naloty miałyby trwać trzy dni, a skala bombardowań miałaby być ograniczona.

Tymczasem agencja Reuters, powołując się na źródła w Waszyngtonie, twierdzi, że Barack Obama jeszcze nie podjął decyzji.

Amerykańska armia deklaruje gotowość do rozpoczęcia interwencji w Syrii. Jak zapewnia sekretarz obrony Chuck Hagel, armia czeka tylko na rozkaz prezydenta. Amerykanie twierdzą przy tym, że mają niezbite dowody na użycie broni chemicznej przez władze w Damaszku.

Plany działań wojskowych na wypadek interwencji w Syrii przygotowuje również Wielka Brytania. W związku z sytuacją na Bliskim Wschodzie urlop przerwał premier David Cameron. Przed interwencją zbrojną w Syrii ostrzegają sojusznicy Asada, czyli Rosja i Chiny.