Kiedy w tą niedzielę fala mrozów przetoczyła się przez Szwecję, a temperatury spadły do minus 40 stopni, tam też przestały jeździć pociągi. Na skutek mrozu odwołano wszystkie połączenia kolejowe między Luleą, stolicą położonej najbardziej na północ prowincji tego kraju a Kiruną, czyli znanym z wydobycia żelaza miasteczkiem powyżej koła podbiegunowego. W ten sposób od reszty świata odciętych zostało 22 tys. mieszkańców górniczej gminy, fatalne warunki drogowe bowiem zmusiły do zawieszenia komunikacji autobusowej. Pomimo tego, w mediach nie było słychać nawoływań do dymisji minister infrastruktury Cathariny Elmsäter-Svärd.

A co u sąsiadów Szwecji? Największym problemem, z jakim musieli się zmierzyć tej zimy Norwegowie to… problemy z ładowaniem i szybkim wyładowywaniem się baterii w elektrycznych samochodach marki Tesla, które nad fiordami są bardzo popularne.

Przenieśmy się za ocean. Wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, z racji swojego położenia narażone jest na ataki srogiej zimy. Jeden z nich trwa właśnie teraz. Gdzieniegdzie grubość pokrywy śniegowej przekroczyła 30 cm. Spowodowało to komunikacyjny paraliż, m.in. wyłączając z użytkowania spore fragmenty drogowego kręgosłupa wybrzeża, czyli łączącej Waszyngton z Bostonem drogi nr 91. Rządzący spokojnie zaapelowali do mieszkańców o pozostanie w domu i o podróżowanie drogami po głębokim namyśle. W jednym stanie po drugim gubernatorzy ogłaszają stan wyjątkowy i przystępują do działania. Tak zrobił na przykład gubernator stanu New Jersey Chris Christie, który przez atak zimy odłożył nawet uroczystość z okazji zaprzysiężenia na drugą kadencję.

Ciężkie zimy często paraliżują największą amerykańską metropolię, czyli Nowy Jork. Bardzo często wiąże się to z poważnymi utrudnieniami dla mieszkańców. Czasami zdarza się, że nie działają niektóre linie metra - podstawowego środka transportu w wielkiej metropolii. Ludzie muszą się wtedy przesiąść do autobusów, które też nie kursują regularnie przez zaśnieżone ulice. Zdarza się wtedy, że podnoszą się głosy niezadowolenia. Jak w przypadku obecnego ataku zimy, kiedy nowy burmistrz Bill de Blasio spotkał się z zarzutami ze strony mieszkańców bogatej dzielnicy Upper East Side, że nie wystarczająco się tam odśnieża. Pojawiły się nawet pogłoski, jakoby miało to być celowe działanie mające na celu utarcie nosa bogatym mieszkańcom miasta - zgodnie z tym, co burmistrz demokrata zapowiadał w kampanii wyborczej – że będzie przeciwdziałał nierównościom społecznym.

Zresztą ataki zimy utrudniały życie wielu burmistrzom Wielkiego Jabłka. W 1969 r. gromy spadły na Johna Lindsaya za ospałą walkę z efektami zimy. Z kolei w 2010 r. dostało się poprzednikowi obecnego burmistrza, czyli Michaelowi Bloombergoi. Gniew nowojorczyków wzbudził wtedy fakt, że przez kilka dni nie jeździło metro. Nauczony tymi doświadczeniami De Blasio osobiście pojechał na Upper East Side i stwierdził, że służby faktycznie mogły tam więcej zrobić. W sukurs przyszedł mu jednak szef wydziału oczyszczania miasta informując, że od początku zimy 2 tys. pracowników wydziału (których w Nowym Jorku nazywa się "najsilniejszymi") pracuje po 13 godzin na dobę operując 1,7 tys. pługów. Kto w Polsce nadałby drogowcom ksywkę "najsilniejszy"?