W tej chwili Moskwa ma do dyspozycji dwa scenariusze. Pierwszy to uczynienie z Krymu republiki separatystycznej na wzór Abchazji czy Naddniestrza. Tę taktykę Kreml doskonale opanował w Mołdawii i Gruzji. Drugi scenariusz to wersja maksimum, czyli próba oderwania również wschodnich i południowych obwodów kraju: Doniecka, Charkowa, Odessy, Mikołajowa.

Wariant numer jeden jest już realizowany. Na drugi Moskwie może nie starczyć sił. Co więcej, sprzyja on ekspresowemu pojednaniu Ukrainy, a to Władimirowi Putinowi już się nie kalkuluje. Zarówno pierwszy, jak i drugi scenariusz będzie dla Rosji bardzo kosztowny i nie daje gwarancji sukcesu. Rosyjski desant na Krym jest już faktem, tyle że na razie funkcjonariusze udają (coraz mniej przekonująco) siły krymskiej samoobrony. Jednostki te blokują ukraińskie bazy wojskowe. Zajęto także sztaby dwóch ugrupowań straży granicznej.

Rewelacje o tym, jakoby część sił stacjonujących na półwyspie poddała się Rosjanom i przekazała im broń, są częścią kampanii propagandowej. Wśród nich najbardziej sensacyjnie brzmiała informacja, jakoby okręt flagowy ukraińskiej floty "Hetman Sahajdacznyj" przeszedł na stronę Rosji. – Praktycznie co pół godziny dochodzi do jakichś prowokacji ze strony Floty Czarnomorskiej. Ukraińskie siły zbrojne bronią jednak swoich jednostek i nie poddają się prowokacjom – mówił premier Arsenij Jaceniuk. Wcześniej Rosjanie rozpowszechniali też "dezy" (dezinformacje) o 140 tys. osób uciekających przed chaosem na Ukrainie. Taki argument pojawił się m.in. na sobotnim posiedzeniu rosyjskiej Rady Federacji, która zezwoliła prezydentowi Władimirowi Putinowi na użycie armii.

Faktyczna aneksja Krymu może się przerodzić w formalną aneksję po planowanym na 30 marca separatystycznym referendum. W rosyjskiej Dumie gotowy już jest projekt ustawy, który umożliwiałby przyjęcie Krymu (lub innej części obcego państwa) w skład Federacji Rosyjskiej na prośbę jego władz lub na mocy woli mieszkańców. Krym z kolei mógłby zostać wykorzystany jako baza do rozniecania kontrrewolucji nad Dnieprem – wykorzystując istniejące (choć słabnące i przeceniane) nastroje prorosyjskie na wschodzie kraju, frustrację w następstwie pogarszającej się sytuacji ekonomicznej i działań prowokatorów.

Ci ostatni już teraz są aktywni – człowiek, który w sobotę wywiesił rosyjską flagę na budynku władz obwodu charkowskiego, był obywatelem Rosji. Z kolei w Ługańsku tłum zajął budynek władz lokalnych, chcąc je zmusić do wystosowania prośby do Putina o pomoc wojskową. Pod naciskiem uzbrojonych w pałki ludzi rada obwodowa wycofała uznanie dla p.o. prezydenta Ołeksandra Turczynowa. Na szerokie poparcie dla agresji Rosjanie nie mogą jednak liczyć. Także u siebie – według sondażu moskiewskiego WCIOM 73 proc. Rosjan nie chce, by ich kraj wtrącał się w ukraińskie problemy. Jednak ten brak poparcia jest widoczny przede wszystkim nad Dnieprem.

W sobotę w Charkowie trwały równolegle prorosyjskie i promajdanowe demonstracje. Podobnie było w Doniecku. W Mikołajowie przeprowadzono wczoraj rosyjskojęzyczne wiece, ale pod hasłami... integralności terytorialnej z wyraźnym "nie, dziękuję” dla bratniej pomocy od Putina. Na Krymie trwa rozgrywka o miejscowych Tatarów. Do tej pory lojalny wobec Kijowa naród, stanowiący 15 proc. mieszkańców półwyspu, jest kuszony przez nowe władze autonomii stanowiskami i dotacjami. Z drugiej strony coraz aktywniejsi są Turcy, spokrewnieni z Tatarami krymskimi. Spotkał się z nimi szef tureckiego MSZ Ahmet Davutoglu. Ankara miała zamiar wysłać okręty na Morze Czarne.

Poza Krymem jedynie doniecka rada miejska powiadomiła do tej pory o zamiarze przeprowadzenia własnego plebiscytu. Poza tym nawet środowiska do tej pory uznawane za prorosyjskie apelują o zachowanie integralności terytorialnej. O niedopuszczenie do rozpadu kraju zwróciła się wczoraj rada obwodowa w Odessie, zdominowana przez Partię Regionów (PR). Większość tego ugrupowania głosuje teraz ramię w ramię z nową władzą. Ta z kolei usiłuje podzielić się odpowiedzialnością za Ukrainę z realnymi gospodarzami ukraińskiej polityki – oligarchami. Ihor Kołomojski i Serhij Taruta zostali powołani na gubernatorów odpowiednio obwodu dniepropietrowskiego i donieckiego.

Wzywam wszystkich rodaków do zjednoczenia na rzecz integralnej terytorialnie Ukrainy. To jest dzisiaj najważniejsze – napisał najbogatszy Ukrainiec Rinat Achmetow, który przez półtorej dekady finansował Partię Regionów. Achmetow dodał, że siła Ukrainy jest pochodną jedności władzy, biznesu i społeczeństwa. Jak powiedziała DGP osoba z otoczenia byłego szefa administracji eksprezydenta Wiktora Janukowycza, rewolucyjny rząd prowadzi rozmowy z liderami PR na wschodzie i południu kraju. W zamian za politykę grubej kreski PR może być skłonna do cichego uznania rządu Arsenija Jaceniuka i p.o. prezydenta Turczynowa. Nie bez znaczenia są również wpływy na wschodzie i południu wypuszczonej na wolność Julii Tymoszenko.

Analiza napływających wczoraj doniesień pozwala postawić tezę, że paradoksalnie prowokowanie wojny przez Putina prowadzi do ekspresowego pojednania narodowego. Jeszcze kilka dni temu przyszłość ludzi takich jak Achmetow stała pod znakiem zapytania. Dziś okazuje się, że doniecki biznes w obliczu inwazji jest w stanie odłożyć swoją niechęć do "banderowców" z Kijowa na bok i działać ręka w rękę z nową władzą. A demonstranci z Majdanu Nezałeżnosti są skłonni puścić w niepamięć niedawne poparcie, jakiego regionałowie i wielki biznes udzielały zbiegłemu do Rostowa nad Donem Janukowycza.

Partia Regionów to najlepiej zorganizowana struktura polityczna w kraju. Ona tak po prostu nie zapadnie się pod ziemię. Nowe władze będą z nią rozmawiać o przyszłości państwa. A sama PR liczy, że wcześniej czy później uda jej się odrodzić – mówi DGP politolog Marija Zołkina z Fundacji Inicjatywy Demokratyczne. – Mimo podziałów, które panują na Ukrainie, nie ma prostej recepty na oderwanie Wschodu – dodaje Jewhen Mahda, ekspert Centrum Stosunków Społecznych. Jego zdaniem podział kraju nie kalkuluje się żadnym graczom politycznym i biznesowym.

Równie trudne wydaje się wykorzystanie w tych rejonach jako marionetki obalonego prezydenta Wiktora Janukowycza. Przez działaczy PR został on już uznany za politycznego trupa. Już przed obaleniem Janukowycza w PR doszło do silnych podziałów. Większość deputowanych i oligarchów wypowiedziała poparcie prezydentowi, co zresztą było główną przyczyną jego upadku. – Grupa Janukowycza poczynała sobie zbyt zuchwale. To musiało doprowadzić do buntu – mówiła DGP osoba zbliżona do administracji byłego prezydenta.

Podział kraju nie kalkuluje się nikomu. Partii Regionów też nie