"Daily Telegraph" publikuje zapis rozmów między załogą Boeinga 777 a kontrolerami lotów od momentu startu z lotniska w Kuala Lumpur do ostatnich słów pilota - "All right, good night" ("Wszystko w porządku, dobranoc") - 54 minuty później.

Eksperci lotniczy, którzy analizowali zapis, zwracają uwagę na niepotrzebnie często powtarzaną informację, na jakiej wysokości znajduje się samolot - być może już po tym, jak na pokładzie wydarzyło się coś niepokojącego. Ekspertów zastanawia też fakt, że wszelkie kontakty ustały dokładnie w momencie, w którym piloci pożegnali się z kontrolerami lotów z Kuala Lumpur, a mieli nawiązać łączność z kontrolerami z Ho Chi Minh w Wietnamie. To zapewne właśnie wtedy samolot wykonał gwałtowny skręt, zbaczając z planowanej trasy.

Zdaniem ekspertów, to idealny moment, by porwać samolot, który przez chwilę znajduje się w "martwej strefie".

Jak pisze "Daily Telegraph", kierownictwo linii wreszcie przyznało - choć wcześniej temu zaprzeczało - że w luku bagażowym maszyny przewożono niebezpieczny, łatwopalny ładunek. Były to baterie litowo-jonowe - takie, jakich używa się na przykład w telefonach komórkowych czy laptopach. Baterie te łatwo się przegrzewają i mogą wywołać pożar.

Według amerykańskich władz lotniczych, w ciągu ostatnich 23 lat spowodowały na pokładach samolotów ponad 140 niebezpiecznych incydentów. W pojedynczych przypadkach doprowadziło to do katastrofy, nigdy jednak nie chodziło o samoloty pasażerskie, tylko transportowe - jak w 2010 roku, gdy rozbiła się maszyna należąca do firmy UPS.