Co do tego, że Viktor Orban wygra niedzielne wybory parlamentarne na Węgrzech, nie ma żadnych wątpliwości. Jedyne pytania, czy uda mu się osiągnąć lepszy wynik niż przed czterema laty i jak dużą przewagę będzie miał w nowym parlamencie.

Według wszystkich tegorocznych sondaży poparcie dla rządzącego centroprawicowego Fideszu - uwzględniając tylko tych, którzy wiedzą, na kogo zagłosuje - oscyluje w granicach 50 proc., czyli jest o kilkanaście pkt proc. wyższe niż dla socjalistycznej opozycji. To może wystarczyć do tego, by Fidesz utrzymał w parlamencie - po raz pierwszy wybieranym w jednej, a nie dwóch turach - większość dwóch trzecich.

Tak duże poparcie dla polityka, który jest oskarżany przez liberalne środowiska na Zachodzie, jak i opozycję w kraju o autorytarne ciągotki i kneblowanie mediów, przez Żydów o tolerowanie antysemityzmu, przez międzynarodowe instytucje finansowe - o błędną politykę finansową, i który w czasie trwania kryzysu krymskiego podpisuje z Rosją umowę o kredycie na budowę reaktora atomowego, może na pierwszy rzut oka dziwić, ale jest co najmniej kilka powodów, dla których Węgrzy – przy całej kontrowersyjności Viktora Orbana - tak go popierają.

Po pierwsze, wskutek wszystkich sporów, które toczył, szczególnie na początku kadencji, z Brukselą, wskutek odwoływania się do historii, patriotyzmu, udało mu się w rodakach obudzić poczucie dumy narodowej. Węgrzy, dla których utrata dwóch trzecich terytorium w efekcie traktatów kończących I wojnę światową do dziś jest narodową traumą, potrzebują zdecydowanego przywódcy mówiącego o konieczności odbudowy państwa i Orban świetnie się sprawdza w tej roli.

Po drugie, Orban jest bardzo zręcznym, umiejącym kalkulować politykiem, który często balansuje na krawędzi, ale dobrze wie, w którym momencie nie może przekroczyć granicy. Tak było chociażby wtedy, gdy rząd nałożył specjalny kryzysowy podatek dla wielkich zagranicznych koncernów, zdając sobie sprawę, że i tak nie mogą się one z Węgier wycofać. Po trzecie, wobec Orbana nie ma realnej alternatywy - socjaliści nie potrafią odpowiedzieć na węgierskie potrzeby przywrócenia dumy narodowej, są rozbici, a poza tym to oni doprowadzili kraj do kryzysu.

Wreszcie powodem najważniejszym jest poprawiający się stan gospodarki, choć otwartą kwestią pozostaje, na ile jest to zasługa Orbana i jego nieortodoksyjnej, a czasem nawet populistycznej polityki gospodarczej. Faktem jest, że socjaliści Ferenca Gyurcsanya zostawili gospodarkę w fatalnej kondycji, a dziś jest ona zdecydowanie lepsza – zeszłoroczny wzrost gospodarczy wyniósł 1,1 proc., prognozy na ten rok mówią o wzroście 2,0–2,1 proc. Po objęciu władzy Orban nie wprowadzał drastycznej kuracji oszczędnościowej, która stała się udziałem większości zadłużonych państw, zamiast tego obciążył kosztami walki z kryzysem międzynarodowe koncerny, na które nałożył specjalny podatek.

Próbuję prowadzić politykę, która jest korzystna dla narodu węgierskiego. Nie jest w zakresie moich obowiązków to, by zadowalać wielkie międzynarodowe koncerny czy banki, pozwalając im zabierać dochody do swoich krajów - tłumaczył Viktor Orban. To pozwoliło na odciążenie społeczeństwa – wprowadzono podatek liniowy od osób fizycznych w wysokości 16 proc., rząd zmusił dostawców energii do obniżenia cen, dzięki czemu rachunki spadły o ok. 20 proc., wreszcie próbował zmusić banki do zgody na renegocjowanie umów o kredyt hipoteczny w walutach obcych, które wskutek zmian kursowych stały się dla sporej części Węgrów niemożliwe do spłacenia.

Ubocznym skutkiem tych posunięć była utrata zaufania zagranicznych inwestorów i dalsza deprecjacja forinta, który od momentu objęcia władzy przez Fidesz stracił na wartości 16 proc. Podobnie jest z bezrobociem, które według podanych w tym tygodniu danych wyniosło w lutym 8,6 proc., czyli było na najniższym poziomie od początku 2009 r. Z jednej strony nie sposób zaprzeczyć, że ono spada, z drugiej - krytycy Orbana przekonują, że ten spadek jest w dużej mierze sztuczny, bo powstał dzięki finansowanym z budżetu państwa szeroko zakrojonym programom robót publicznych oraz dzięki emigracji zarobkowej, na którą w ostatnich latach udało się około połowy miliona Węgrów.

Orban w zeszłym tygodniu w wywiadzie radiowym powiedział, że spośród miliona nowych miejsc pracy, których stworzenie zapowiedział w ciągu 10 lat od objęcia władzy, powstało 250 tysięcy. To mniej niż docelowa średnia roczna, ale i tak więcej niż ktokolwiek się spodziewał w 2010 r. Zapowiedział też, że jego celem jest spadek bezrobocia do poziomu 3–4 proc.

Opozycja neguje też wzrost gospodarczy, twierdząc, iż do tego, że on jest, przyczyniają się m.in. wielkie państwowe inwestycje, a na dodatek ich beneficjentami często są powiązani z rządem biznesmeni. Fidesz nie zapewnia wzrostu. Kiedy ja oddawałem władzę, kraj wychodził z najgorszego kryzysu od dziesięcioleci i zwrot wynosił 1,5 proc. Cztery lata później gospodarka nadal rośnie o ok. 1,5 proc., czyli nadal jest o 4–5 proc. mniejsza niż w 2008 r., gdy uderzył kryzys - przekonuje poprzednik Orbana na stanowisku premiera Gordon Bajnai.

Ale nawet jeśli uznać te argumenty, że część węgierskiego ożywienia gospodarczego jest sztucznie kreowana, lewicowa opozycja ma najmniejsze prawo do tego, by Orbana krytykować. Socjalistyczny premier Ferenc Gyurcsany, aby zapewnić sobie zwycięstwo wyborcze, fałszował wskaźniki gospodarcze, do czego on sam się przyznał na nagraniu, które wyciekło do mediów i stało się w 2006 r. przyczyną wielkich antyrządowych protestów. Dziś Gyurcsany stoi na czele niewielkiej Koalicji Demokratycznej wchodzącej w skład opozycyjnego bloku lewicowego i o powrocie do władzy, jak to się stało udziałem Orbana w 2010 r. (Orban był wcześniej premierem w latach 1998–2002), może tylko pomarzyć.