Australijska firma GeoResonance twierdzi, że jej eksperci mogli znaleźć zaginiony samolot malezyjskich linii lotniczych, gdy badali  dno oceanu, poszukując śladów metali, z których stworzono kadłub boeinga - pisze brytyjski "Daily Mail". Specjalne sondy wykryły na dnie Zatoki Bengalskiej duże ilości aluminium i tytanu i innych materiałów, służących do budowy samolotu. To, zdaniem przedstawicieli spółki, może oznaczać, że zaginiony samolot malezyjskich linii lotniczych spoczywa na dnie 110 mil morskich od wybrzeży Bangladeszu - zwłaszcza, że szczątki te pojawiły się na dnie między 5 a 10 marca, czyli wtedy, gdy zaginął samolot. Firma zapewnia, że ujawniła te informacje nie dla rozgłosu, a dla odkrycia prawdy o samolocie. Jesteśmy dużą grupą naukowców, a czujemy, że nasze odkrycie zostało zignorowane przez ratowników. Dlatego też mamy moralny obowiązek poinformować o wszystkim zarówno władze, jak i opinię publiczną - mówi szef spółki, David Pope.

Tymczasem szefowie międzynarodowej grupy poszukiwawczej odrzucają rewelacje GeoResonance. Zdaniem ratowników, to niemożliwe, by wrak samolotu spoczął w Zatoce Bengalskiej, bo nie zgadzałoby się to z kursem maszyny, przewidzianym przez ekspertów. Twierdzą, że dalej będą poszukiwać wraku w okolicach Australii.