W bagażniku było ponad sto tysięcy kart do głosowania. Na wszystkich była zaznaczona odpowiedź "tak", przy jedynym pytaniu o to, czy głosujący opowiada się za niepodległością samozwańczej Republiki Donieckiej. Mężczyźni przewożący biuletyny mieli przy sobie broń, w tym automatyczną oraz amunicję. 

Nieuznawane przez nikogo poza samymi organizatorami i niezgodne z ukraińskim prawem "referendum" ma się odbyć w niedzielę, ale rozpoczęło się już w sobotę w co najmniej dwóch miejscowościach - jakoby ze względu na zaostrzenie sytuacji w obwodzie.

Jedna z nich to Mariupol, gdzie w piątek doszło do bitwy żołnierzy ukraińskich z terrorystami. Teraz mieli do nich dołączyć prorosyjscy separatyści z Doniecka i innych miast obwodu. Nie wiadomo jednak czy dotarli do Mariupola.

Tymczasem samozwańczy mer Słowiańska Wiaczesław Ponomariow oświadczył, że jego bojownicy nie będą już brali zakładników spośród wojskowych, a będą od razu do nich strzelali.