- Ktoś (z zabitych) został znaleziony z maską tlenową na twarzy. Czyli miał czas, by  założyć. Nie możemy tego wykluczyć - powiedział Frans Timmermans. Jak dodał, oznacza to, że nie wszyscy pasażerowie lotu MH17 zginęli od razu po tym, jak w samolot uderzyła rakieta. Potem przyznał jednak, że żałuje tej wypowiedzi i tego, że zranił rodziny ofiar.

Jednak informację potwierdziła holenderska prokuratura, która uściśliła, że maska znajdowała się nie tyle na twarzy ofiary, co na szyi pasażera. - Maska tlenowa rzeczywiście znajdowała się na szyi zmarłego obywatela Australii. Specjaliści z Instytutu Kryminalistyki zabrali ją na badania śladów śliny, odcisków palców i DNA, jednak testy niczego nie wykazały. Dlatego wciąż pozostaje niewyjaśnione, jak maska znalazła się na szyi pasażera - oświadczyli śledczy. Podkreślili jednocześnie, że sytuacja ta dotyczy tylko jednego pasażera. 

Serwis newsru.com zwraca uwagę, że ta informacja stawia pod znakiem zapytania powtarzaną przez ekspertów wersję o tym, że 298 osób znajdujących się na pokładzie zginęło dokładnie w chwili katastrofy.

Minister w ogniu krytyki

Sam sprawca zainteresowania feralne słowa wypowiedział w czasie rozmowy z dziennikarzem. Frans Timmermans był pytany o wystąpienie na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ wygłoszone wkrótce po katastrofie. W poruszającej mowie, w czasie której niemal się rozpłakał, rysował przed słuchaczami sytuację, w jakiej mieli znaleźć się pasażerowie samolotu - w ostatniej chwili swego życia patrzący w oczy osobie siedzącej obok. Tymczasem eksperci od początku byli zgodnie, że śmierć pasażerów nastąpiła, zanim zdążyli się oni zorientować, co się dzieje.

Pytany przez dziennikarza o kreowanie sytuacji, która nie miała miejsca, Timmermans opowiedział o tym, że jeden z pasażerów miał na twarzy maskę - opisuje BBC. Wybuchła burza tym bardziej, że takiej informacji zabrakło w opublikowanym na początku września holenderskim raporcie na temat katastrofy. Prokura tłumaczyła to pominięcie trwającym śledztwem, które wciąż nie wyjaśniło, skąd na szyi Australijczyka wzięła się maska tlenowa. 

Nie takie nieprawdopodobne?

Tymczasem rosyjski pilot-oblatywacz Magomed Tolbojew w rozmowie z serwisem Slon.ru przyznał, że pasażer mógł zdążyć założyć maskę, jeśli znajdował się daleko do miejsca, w które uderzył pocisk.

CZYTAJ WIĘCEJ: Niemcy pozywają Ukrainę za katastrofę boeinga>>>>

- Maski wypadają automatycznie przy spadku ciśnienia tuż przed twarzami pasażerów, i ktoś mógł zdążyć ją założyć. Jeden zdążył, inny już nie - mówił pilot. Wyjaśniał, że od momentu uderzenia do zniszczenia samolotu mogły minąć dwie sekundy, w czasie których ktoś instynktownie mógł zdążyć założyć maskę. 

Inny pilot, Wadim Bazykin, w rozmowie z "Kommiersant FM" stwierdził, że natychmiastowa śmierć pasażerów boeinga 777 wcale nie jest taka oczywista. - To mówi o tym, że ludzie wiedzieli, co się dzieje, to się nie działo zupełnie nagle - mówił.

Boeing 777 malezyjskich linii lotniczych, lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur, spadł na wschodzie Ukrainy 17 lipca. Zginęli wszyscy, którzy znajdowali się na pokładzie - 298 pasażerów i członków załogi. Przyczyną tragedii wskazaną przez holenderski raport, było uderzenie pocisku lub pocisków w samolot. Nie wyjaśniono w nim jednak, kto owe pociski wystrzelił. Najbardziej prawdopodobna wersja, potwierdzona m.in. przez przechwycone przez ukraińskie specsłużby rozmowy telefoniczne, jako sprawców stawia prorosyjskich separatystów.