Ostrą białaczkę limfoblastyczną zdiagnozowano, gdy Ethan Van Leuven miał 22 miesiące. Pierwsze miesiące walki i ciężkiej, wyniszczającej chemioterapii dawały rodzicom dużo nadziei. W lipcu 2012 roku lekarze zdecydowali, że można złagodzić terapię, dać organizmowi chłopca odpocząć. Wtedy jednak choroba uderzyła ponownie. I znów zaczęła się walka: chemioterapia, szpitale, badania. Ciało Ethana coraz gorzej znosiło leczenie, szczególnie nerki. Doszło do tego, że chłopca trzeba było zacząć dializować.

Ale i to okazało się niewystarczające. Rodzice zgodzili się na to, by poddać chłopca eksperymentalnej terapii - ostatniej nadziei. Niedawno jednak rodzice Ethana usłyszeli od lekarzy najgorszą możliwą wiadomość. - W jego przypadku białaczka wymknęła się spod kontroli. Już nie da się jej leczyć. Dostał kilka dni, do kilku tygodni życia - mówiła w rozmowie ze stacją telewizyjną KFOR-TV mama chłopca, Merrill Van Leuven.

To był sygnał, że nie ma dla nich czasu do stracenia, a każdy dzień i każda godzina jest szczególnie cenna. Rodzina najpierw przy wsparciu przyjaciół, a później całego West Jordan zaczęła organizować "przyspieszanie czasu". Tydzień temu, czyli półtora tygodnia przed ostatnim dniem października, w mieście świętowano Halloween. Ethan, w niebiesko-czerwonym stroju Spidermana, wraz z rodzeństwem przemierzał miasto, powtarzając "cukierek albo psikus". Wszędzie, dokąd dotarł, widział wydrążone dynie z wyciętymi oczami i ustami.

Potem czas przyspieszył - w ostatni czwartek Ethan świętował swoje piąte urodziny, i to mimo że tak naprawdę ma je za miesiąc. A świętował hucznie - miasto zorganizowało z tej okazji wielką paradę, na której pojawił się m.in. Darth Vader i Indiana Jones. Już w piątek zaś chłopiec ubierał choinkę - wszak na ten wieczór zaplanowano Wigilię. W sobotę zaś rozpakowywał prezenty.

A świętowanie nie ograniczało się jedynie do jego rodziny - po zakurzone lampki bożonarodzeniowe sięgnęli wszyscy mieszkańcy miasta. W ten sposób w październiku, przy temperaturze przekraczającej 20 stopni Celsjusza rozbłysły świąteczne światełka, a na podwórkach stanęły wypełnione powietrzem białe bałwany. Był Święty Mikołaj i żywa szopka.

- Wiemy, że to dla nich bardzo ciężki czas. Dlatego chcemy być tu z nimi - tak tę wielką mobilizację podsumował w rozmowie z "Today" jeden z sąsiadów rodziny. - Jest nam to wszystko odrobinę łatwiej znieść, gdy widzimy miłość i wsparcie tak wielu ludzi - przyznała wzruszona mama Ethana. Na Facebooku napisała, że chłopiec był zachwycony i bardzo przejęty otwieraniem prezentów. Jednak gdy minęła pierwsza radość "świątecznego" poranka, Ethan dostał wysokiej gorączki, zaczął odczuwać silny ból. - Dziękuję wam wszystkim za to, co robicie. To sprawia, że ta niesamowicie trudna sytuacja jest dla nas w pewnym sensie znośna - napisała Jennifer Van Leuven.