Rządzących na Węgrzech popiera już tylko 26 proc. obywateli – wynika z najnowszego, grudniowego sondażu. Miesiąc wcześniej ugrupowanie premiera Viktora Orbána cieszyło się sympatią aż 38 proc. Węgrów. Także sam lider Fideszu ma coraz mniej zwolenników. Jego popularność spadła w ostatnim badaniu opinii do zaledwie 32 proc., czyli aż o 16 pkt. proc. – najbardziej ze wszystkich węgierskich polityków.

Brytyjski „The Economist” pisze, że do tak radykalnego spadku popularności partii rządzącej nad Balatonem od 2010 roku przyczyniła się próba wprowadzenia pierwszego na świecie podatku od przesyłu danych w internecie. Po masowych protestach rząd zrezygnował wprawdzie z tych planów, jednak nadszarpnęły one mocno zaufanie do władzy. – Nie mogę wykluczyć, że pomysł wprowadzenia takiego podatku był błędem – przyznaje nawet György Barcza, szef prorządowego instytutu badawczego Századvég. Zaraz jednak broni jego idei.

– W strukturze wydatków gospodarstw domowych na Węgrzech koszty związane z internetem znajdują się dopiero na siódmym miejscu. Podatek nie wpływałby więc znacząco na domowe budżety – twierdzi. Wylicza też, że wysokość nowej daniny nie przekraczałaby równowartości 10 złotych miesięcznie, podczas gdy oszczędności przeciętnego gospodarstwa wynikające z wprowadzonych przez Orbána rozwiązań prorodzinnych dotyczących np. cen prądu sięgają w sumie ok. 100 złotych miesięcznie.

W opinii szefa instytutu Századvég wprowadzenie podatku internetowego nie wynikało z konieczności łatania budżetu. Łącznie dałby on bowiem zaledwie 25 mld forintów (340 mln złotych), a sama tylko rezerwa budżetowa przekracza 220 mld forintów (3 mld złotych). – Ostatnie lata przyniosły radykalną zmianę w myśleniu ekonomicznym na Węgrzech. Wiele osób nie rozumie obecnej polityki rządu, ale jeszcze więcej świadomie przedstawia ją opacznie – uważa Barcza, który nie ukrywa, że tłumaczenie polityki władz należy do jego zadań.

Podatek od internetu to tylko jeden z powodów, dla których Węgrzy zaczynają się odwracać od Orbána. Takich przyczyn jest jednak więcej. Niepokój wzbudza też niejednoznaczna polityka Węgier wobec Moskwy i jej roli w konflikcie na Ukrainie. Z jednej strony podczas niedawnej wizyty w Berlinie Orbán zarzekał się, że Budapeszt w pełni popiera niemiecką koncepcję reagowania na działania Kremla. Z drugiej zaś premier krytykował wcześniej sankcje nałożone przez Unię Europejską na Rosję. A pod koniec 2014 roku Węgrzy podpisali z nią umowę na budowę dwóch nowych bloków w jedynej w kraju elektrowni atomowej w Paks. Wybór Atomeniergoprojektu nastąpił bez przetargu. Fidesz broni się, że Rosjanie złożyli najlepszą ofertę.

Kwestia rozbudowy elektrowni w Paks nie dotyka jednak Węgrów bezpośrednio, w przeciwieństwie do przewalutowania kredytów w obcych walutach, co wkrótce ma nastąpić. Obligatoryjne przewalutowanie jest bowiem planowane na 1 lutego. – Jego zapowiedź dała Węgrom nadzieję, że wartość ich kredytów spadnie w takim stopniu, jak wcześniej wzrosła z powodu zmiany kursu walut. Nadzieja ta jest jednak złudna – wskazuje Piotr Minkina, dyrektor ds. produktów inwestycyjnych Union Investment TFI.

Najwięcej kredytów w szwajcarskiej walucie zaciągnięto w latach 2007–2008, kiedy za jednego franka płacono około 150 forintów. Tymczasem przewalutowanie nastąpi po kursie z drugiej połowy zeszłego roku, czyli około 256 forintów za franka, zaledwie kilka forintów niższym niż obecny kurs oficjalny. – Rząd, żeby wyjść z sytuacji z twarzą, zmusza banki, by oddały część prowizji i innych opłat pobranych od klientów. Na razie trudno jednak orzec, czy Węgrom będzie się to opłacać, szczególnie że nigdzie nie ma pełnych informacji dotyczących procesu przewalutowania – dodaje Minkina.

Nasz rozmówca podkreśla ponadto, że obecny wzrost gospodarczy, a także spadek bezrobocia to w dużym stopniu wynik wydatków rządowych. – Trudno nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z kapitalizmem sterowanym odgórnie. W przyszłości może to doprowadzić do nieprzewidywalnych zaburzeń w równowadze gospodarczej – podsumowuje Minkina.