Władze w Rydze dostrzegają na swoim terenie elementy rosyjskiej wojny hybrydowej. Mimo to traktują zagrożenie z większym spokojem niż Litwini i Estończycy.

Prezydent Litwy Dalia Grybauskaite nazywa Rosję "państwem terrorystycznym", jej estoński odpowiednik Toomas Hendrik Ilves straszy, że w razie agresji rosyjskie czołgi wjadą do Tallinna już po czterech godzinach. Z ust łotewskich polityków tego typu słowa płyną zdecydowanie rzadziej. Pomimo że odsetek ludności rosyjskojęzycznej (Rosjan, Białorusinów i Ukraińców), do obrony których prawo rości sobie Kreml, wynosi tu 37 proc., a na niektórych obszarach stanowią oni przytłaczającą większość mieszkańców.

Jesteśmy trochę znużeni, że na każdym spotkaniu z przedstawicielami innych państw UE jest poruszany temat wojny hybrydowej. Dla nas to nic nowego, bo z informacyjną ofensywą Moskwy musimy sobie radzić od lat – mówi DGP urzędnik łotewskiego resortu obrony. – Z drugiej strony to dobrze, że się o tym mówi. W tej sferze najważniejsza jest świadomość zagrożenia. Zresztą nie sądzę, by Rosja zastosowała na Łotwie taktykę znaną z Ukrainy. Przecież nawet tam nie zadziałała ona tak, jak tego oczekiwała Moskwa. Jej celem był Kijów, a nie destabilizacja sama w sobie – dodaje.

ZOBACZ TEŻ: Rosjanie straszą NATO wojną. Padły słowa o broni atomowej...>>>

Minister obrony Raimonds Vejonis swego czasu stwierdził, że gdyby w jego kraju pojawiły się znane z Krymu zielone ludziki, czyli rosyjscy żołnierze bez znaków rozpoznawczych, zostaliby zastrzeleni. Podlegli mu urzędnicy nie wierzą jednak w taki scenariusz. Gwarancją ma być członkostwo w NATO i stopniowe dozbrojenie armii, zwłaszcza w broń defensywną (a zatem zestawy przeciwpancerne zamiast czołgów). Budżet obronny z dotychczasowego 1 proc. PKB ma w 2018 r. osiągnąć 2 proc., zgodnie z zaleceniami Sojuszu.

Nasi rozmówcy przewidują, że działania Rosji wymierzone w państwa bałtyckie najpewniej ograniczą się do wojny propagandowej, a opcja militarna nie wchodzi w grę. Bogate rosyjskie stacje telewizyjne, kolportujące antyłotewską propagandę, są dla przeciętnego nadbałtyckiego widza atrakcyjniejsze niż ich lokalne odpowiedniki. Trzy państwa bałtyckie dyskutowały więc o możliwości stworzenia alternatywnego, rosyjskojęzycznego kanału. Pomysł na razie upadł. Obecnie Łotwa planuje wzmocnienie rosyjskojęzycznego skrzydła własnych mediów publicznych.

Według przedstawicieli struktur siłowych w minionych miesiącach nasiliła się aktywność rosyjskiego wywiadu. Na miejscu istnieją organizacje, jak partia O Język Ojczysty!, popierające politykę Kremla wobec Ukrainy, część z nich korzysta z rosyjskiego dofinansowania. Niektórzy młodzi Rosjanie jeżdżą do kraju przodków na obozy paramilitarne. Mimo to uznanie miejscowych Rosjan za piątą kolumnę Kremla byłoby rażącym nadużyciem. Według sondażu SKDS politykę Kremla wobec Ukrainy popiera jedynie co trzeci przedstawiciel mniejszości, zaś odsetek tych, którzy chcieliby powtórki na Łotwie scenariusza krymskiego, jest jeszcze mniejszy.

Dlatego największy polityczny reprezentant rosyjskojęzycznych obywateli, Centrum Zgody (SC) mera Rygi Nilsa Ušakovsa, choć ma umowę o współpracy z kremlowską Jedną Rosją, zachowuje umiar w komentarzach na temat polityki Kremla, za co jego lider bywa w Rosji ostro krytykowany. Działacze SC różnią się w sprawie stosunku do polityki Moskwy, ale są wśród nich i tacy, jak Boriss Cilevičs, którego miejscowi analitycy określają mianem euroentuzjasty. SC wciąż skarży się jednak na dyskryminację rosyjskojęzycznych, zwłaszcza tzw. nieobywateli, którzy ze względu na nieznajomość języka łotewskiego nie mają obywatelstwa.

Spośród 2 mln mieszkańców łotewskiego paszportu nie ma 14 proc. (w tym 11 tys. Polaków). – Spora część po prostu nie planuje naturalizacji albo widzi korzyści z obecnego statusu. Poza swobodą podróżowania po UE nieobywatele są objęci ruchem bezwizowym z Rosją, mogą tam bez przeszkód studiować czy pracować. Zdobycie obywatelstwa by im to uniemożliwiło – wskazuje Marija Golubeva z Centrum Polityki Publicznej Providus, sama wywodząca się z rodziny rosyjskojęzycznej.

Niechęć do antagonizowania mniejszości jest jedną z przyczyn, dla których władze w Rydze nie wysuwają się przed szereg w sprawie sankcji wobec Rosji czy propozycji wysyłania broni Ukrainie. – Ogłoszenie decyzji o sprzedaży broni Kijowowi, np. przez USA, gwarantuje eskalację konfliktu. Tymczasem od decyzji do dostarczenia broni miną miesiące. Co się w tym czasie wydarzy? – pyta nasz rozmówca z otoczenia ministra Vejonisa.

Ważną rolę odgrywa rachunek ekonomiczny. Rosja zajmuje trzecie miejsce na liście najważniejszych partnerów eksportowych i czwarte w spisie dotyczącym importu. Gazprom odpowiada za 100 proc. dostaw gazu, ma też 34 proc. udziałów w miejscowej spółce Latvijas Gaze. Ta ostatnia firma, zgodnie z interesami Rosjan, wbrew unijnym i lokalnym przepisom blokuje liberalizację rynku gazowego. – Lobby gazowe na Łotwie jest bardzo silne. Oni są w stanie zablokować niemal każdą inicjatywę – przyznaje ekspert ds. energetyki Reinis Aboltinš.