36-letnia Jelena została darmozjadem. Po latach pracy w banku złożyła wymówienie, bo rok temu zachorowała na stwardnienie rozsiane. - Nie myślałam, że ta choroba dotyka też takich młodych osób jak ja. Ze względu na stres w pracy czułam się coraz gorzej i musiałam ciągle brać zwolnienie chorobowe. W końcu po naradzie z rodziną postanowiłam odejść - opowiada gazecie "Komsomolskaja Prawda".

Teraz Jelena musi zmagać się nie tylko z chorobą, lecz także z koniecznością płacenia podatku od nieróbstwa, który obowiązuje na Białorusi od kwietnia. To 3,6 mln rubli rocznie (917 zł). Na mocy dekretu prezydenta Aleksandra Łukaszenki muszą go płacić wszystkie osoby w wieku produkcyjnym, które nie przepracowały co najmniej 183 dni w roku. W ten sposób władze, jak tłumaczą, zamierzają zadać cios pasożytnictwu. – Państwo ma prawo zapytać takich ludzi: na czyj koszt żyjecie? Tacy ludzie powinni pracować, płacić podatki i żyć za swoje - oburzał się Łukaszenka. Takich darmozjadów, czyli bezrobotnych, jest na Białorusi 0,5 mln. Białoruski pomysł szybko podchwycili w Moskwie.

Jelenie będzie bardzo trudno opuścić szeregi darmozjadów. Pomogłaby jej w tym orzeczona niepełnosprawność, ale choroba jest w stadium początkowym i na razie lekarze nie chcą wydać odpowiedniej decyzji. - Taki stosunek do obywateli poniża mnie. Pracowałam od 22. roku życia, czasem 15 godzin dziennie. Ze względu na wysokie zarobki w ciągu swojej kariery płaciłam podatki czterokrotnie wyższe niż statystyczny białoruski pracownik - żali się kobieta. Jeśli nie zapłaci podatku, grozi jej kara grzywny, a nawet areszt. Oraz obowiązkowe prace społeczne.

Sowiecki subbotnik

Nowy pomysł białoruskich władz wywołał oburzenie Komitetu Helsińskiego, który ocenia, że walka władz z darmozjadami jest sprzeczna z konstytucją. Bo ustawa zasadnicza zakazuje pracy przymusowej oraz przyznaje prawo do dobrowolnego bezrobocia. O wycofanie dekretu zaapelowały też do Łukaszenki Międzynarodowa Federacja Praw Człowieka (FIDH) oraz Centrum Praw Człowieka "Wiosna".

Ale Mińsk za nic ma podobne apele, bo od lat stosuje wobec obywateli różne formy pracy przymusowej. Wciąż popularny jest relikt z sowieckich czasów - subbotnik, czyli organizowane w soboty zajęcia na rzecz ogółu.

- Ludzie sprzątają ulice, myją okna w obiektach publicznych, malują ogrodzenia. Oficjalnie prace mają charakter dobrowolny. W praktyce nieobecność jest karana - opowiada w rozmowie z DGP Olga, 20-letnia studentka z Mińska. - Moja mama zajmuje kierownicze stanowisko w państwowym przedsiębiorstwie i raz w roku dostaje z góry nakaz zorganizowania subbotnika. Jeżeli nie zdoła zebrać pracowników, nikt w jej zakładzie nie dostanie premii - dodaje.

Władze co prawda płacą za ten czyn społeczny, ale pieniądze trafiają na konta specjalnych funduszy społecznych. Do subbotników przymuszani są także uczniowie. - Wraz z nauczycielami sprzątają szkoły i tereny wokół nich, myją podłogi, pielą kwietniki - wymienia Olga.

Popularne jest też wysyłanie starym sowieckim zwyczajem pracowników do pomocy na wsi. Organizacją takich wypraw zajmują się lokalne władze, do których zwracają się kołchozy, gdy w porze żniw czy wykopków brakuje rąk do pracy.

- Nienawidziłam tego. Autobus zabierał nas o szóstej nad ranem, zawoził na wieś i tam musieliśmy pomagać rolnikom zbierać plony - wspomina w rozmowie z DGP studenckie czasy Tatiana z Mińska. - Każdy, kto mieszkał w akademiku, miał obowiązek odpracować 60 godzin rocznie na rzecz państwa. W innym przypadku uczelnia mogła mu nie dać dyplomu -  dodaje. Na pomoc wsi wysyłani są również żołnierze i milicjanci. Choć ci ostatni stali się dwa lata temu bohaterami skandalu: przy okazji pracy w kołchozie ukradli z niego m.in. 500 litrów paliwa, by je potem sprzedać na lewo.

Pomoc przy żniwach to niejedyna zmora studentów. Prawdziwym przekleństwem jest kolejny sowiecki relikt - przymus przepracowania po ukończeniu studiów dwóch lat w miejscu wskazanym przez państwo. Młodzi ludzie kierowani są w rejony, w których brakuje rąk do pracy.

- Prawu podlega każdy, kto studiował nieodpłatnie. Mój kolega ukończył uczelnię w Mińsku, a po otrzymaniu dyplomu został wysłany na wieś nieopodal miasteczka Głębokie na północy kraju. Autobus do miasta dwa razy w tygodniu, sklep spożywczy, kołchoz i zaledwie 150 mieszkańców. Do tego dom bez ogrzewania, bieżącej wody i kanalizacji - opisuje miejsce pracy swojego kolegi Olga. - Wraz z zimą zaczął się prawdziwy koszmar: za oknem minus pięć, w domu zimno, woda na zewnątrz. Współpracownicy w kołchozie od kielicha nie stronili, więc nic dziwnego, że wkrótce i on zaczął pić. Nie wytrzymał. Dogadał się z dyrektorem kołchozu i uciekł - dodaje. Uczelnia jednak szybko się zorientowała, że nie ma go w wyznaczonym miejscu.

W końcu mężczyzna wyjechał do Moskwy, by tam zarobić i zwrócić państwu 3 tys. dol. długu. - W innym przypadku zostałby pozwany przez uczelnię - reasumuje Olga.

Uniknąć tego obowiązku udaje się tylko nielicznym. Firmy mają zakaz zatrudniania absolwentów, jeśli ci nie dysponują zaświadczeniem o tzw. swobodnym dyplomie. Świstek papieru poświadcza, że na młodym specjaliście nie ciąży już obowiązek przymusowego odpracowania nauki.

Odpracuj studia

Nakaz pracy dla absolwentów krytykowany jest przez obrońców praw człowieka i samych studentów od lat. Władze pozostają jednak nieugięte. - Wykształciliśmy ciebie, więc teraz to odpracuj. I nie rok czy dwa, ale 10–15 lat - przekonywał niedawno Łukaszenka. Zdaniem ekspertów, utrzymując sowieckie prawo, białoruskie władze próbują m.in. wstrzymać ucieczkę specjalistów do Rosji bądź na Zachód.

Temu ma służyć także inny kontrowersyjny dekret, podpisany przez Łukaszenkę w 2012 r., który zakazuje kilkunastu tysiącom pracowników przemysłu drzewnego – będącego strategicznym sektorem białoruskiej gospodarki – odejścia z pracy. Jeśli ktoś się mimo wszystko na to zdecyduje, musi zwrócić część zarobionych pieniędzy. Dekret przewiduje także, że państwo ma prawo zmusić osobę do powrotu do dawnego pracodawcy i pracy za darmo do czasu uregulowania długu. Restrykcje jednak nie zawsze odnosiły skutek. – Znam przypadki, gdy pracownicy, próbując zmusić kierownictwo do zwolnienia ich, przychodzili do pracy pijani w sztok – relacjonuje w rozmowie z rosyjskimi mediami szef Białoruskiego Kongresu Demokratycznych Związków Zawodowych Aleksander Jaroszuk. – Gdy kierownictwo się upierało, i tak rzucali papiery i wyjeżdżali do pracy do Rosji – dodaje.

Za pomocą pracy przymusowej białoruskie władze nie tylko walczą z emigracją, lecz także naprawiają relacje rodzinne. Dotyczy to przede wszystkim osób uzależnionych od alkoholu oraz pozbawionych praw rodzicielskich. Mają one obowiązek pracy pod groźbą aresztu, by rekompensować państwu koszty utrzymania swoich dzieci przez opiekę społeczną.

Władze za nic mają zapewnienia obrońców praw człowieka, że alkoholizm to nie przestępstwo, ale choroba. Według Łukaszenki metody stosowane wobec takich osób muszą być bardziej restrykcyjne niż w przypadku "zwykłych ludzi". - Bierz łopatę do rąk i kop. Nie kopiesz, to nie jesz. Tacy ludzie rozumieją tylko siłę - komentował obowiązujące prawo Łukaszenka.

Twórczość białoruskich władz w sferze ustawodawczej od lat jest krytykowana przez organizacje międzynarodowe, gdzie swoich praw próbują dochodzić poszkodowani. Mińsk jednak ignoruje decyzje takich instytucji, jak Komitet Praw Człowieka ONZ, uznając je tylko za "rekomendacje". W efekcie z roku na rok lista absurdalnych ustaw na Białorusi się powiększa.

I - co w sumie nawet nie dziwi - Białoruś znajduje naśladowców. Pod koniec maja z propozycją wprowadzenia podatku od nieróbstwa wystąpiła Rosyjska Federalna Służba Pracy i Zatrudnienia.

CZYTAJ TEŻ: Przedwyborczy pomysł rządu: 400 zł zapomogi dla biednego emeryta >>>