Co czwarty, a niebawem co trzeci mieszkaniec Hellady będzie emerytem. Co druga osoba przed 25. rokiem życia nie ma zajęcia. Ci pośrodku próbują odnaleźć się na rynku pracy. Większość Greków dorabia w szarej strefie, która nieco łagodzi skutki wieloletniej polityki cięć.

Nasza firma przetrwała Turków i Hitlera. Przetrwamy i to – uśmiecha się Kostas Mitropulos, właściciel warsztatu naprawczego w Atenach. Pół żartem, pół serio dorzuca, że większość mieszkańców miasta musiała chyba wybrać pieniądze z kont jeszcze w ubiegłym tygodniu, zanim rząd wprowadził limit 60 euro na dzienne wypłaty w bankomatach, w jego sklepie bowiem ruch jak rzadko.

Tyle że wokół, na przedmieściach greckiej stolicy, handel i usługi zamarły. Jeszcze kilka lat temu tętniące życiem i usiane niewielkimi sklepikami i warsztatami dziś straszą zasuniętymi żaluzjami i pustymi witrynami. W skali kraju codziennie pada 59 przedsiębiorstw, w olbrzymiej większości takich właśnie małych rodzinnych firm.

Mitropulos może opowiadać żarty, ale to raczej dobra mina do złej gry. Nawet on doskonale wie, że dzienny limit wypłat i zamrożenie kont odbije się na jego biznesie: w końcu i on musi opłacać pracowników, zwykle przecież gotówką. W ostateczności jednak tego 55-letniego ateńczyka dzieli niemalże krok od emerytury – w całym kraju ubiega się o nią 400-tysięczna rzesza Greków, w sporej mierze pięćdziesięciolatków, którzy spędzili zawodowe życie za biurkiem któregoś z państwowych lub samorządowych urzędów.

Do niedawna Grecja była pod tym względem rajem na ziemi. Przed załamaniem się greckiej gospodarki próg wieku emerytalnego wynosił 57 lat, potem podniesiono go do 61 lat. Mimo to olbrzymia większość pracowników sektora publicznego, wykorzystując możliwości prawne, starała się o wcześniejszą emeryturę.

W sumie 75 proc. pracowników sektora ubiegało się o status emeryta przed osiągnięciem wyznaczonego progu, co dwa lata temu niemalże wykoleiło największy grecki fundusz ubezpieczeń społecznych – IKA. Szefowie instytucji musieli szukać natychmiastowej pożyczki rzędu 150 mln euro, żeby utrzymać płynność finansową.

Efekty tego trendu można dziś dostrzec gołym okiem. W Grecji jest już 2,65 mln osób ze statusem emeryta, kolejne 400 tys. wystąpiło już o przejście na emeryturę, w olbrzymiej większości w jej wcześniejszej formie. Kulawy, dziurawy system emerytalny jest według UE jedną z największych barier niepozwalających państwu stanąć na nogi. Przyznają to nawet członkowie populistycznego rządu Aleksisa Tsiprasa, którzy rozważają podniesienie progu wieku emerytalnego do 67 lat. Pytanie tylko, co z tymi, którzy już się na tej emeryturze znaleźli.

W sumie straciłam 30 proc. moich dochodów. A i tak należę do szczęśliwców – opowiada 65-letnia Sisi Wowu, która zaczęła pracować jako 17-latka w branży wydawniczej, a pracę kończyła w zamkniętym przez rząd kilka lat temu konglomeracie mediów publicznych, ERT. Pięć lat temu Wowu dostawała co miesiąc 1330 euro. Ba, nie co miesiąc – czternaście razy w roku. – Przywykliśmy do tego, że jedna przynajmniej emerytura ekstra przychodzi na Boże Narodzenie – wzdycha. Teraz dostaje 1050 euro, żadnych emerytalnych „trzynastek” czy „czternastek”. Ale rzeczywiście jest szczęściarą: statystyczna przeciętna emerytura to dziś 882 euro, ale realnie niemal połowa greckich wcześniejszych emerytów dostaje mniej niż 665 euro, czyli poniżej progu ubóstwa. Wielu musi dorabiać. Tak jak Merjeme Fegizo, kelnerka w jednej z ateńskich kawiarni i samotna matka. Fegizo zarabia w ten sposób między 400 a 600 euro, w zależności od napiwków. Prawie połowa tej sumy idzie na wynajem mieszkania, reszta rozchodzi się na bieżące potrzeby. Ale od kilku dni Fegizo nie jest nawet w stanie wyjąć środków z konta.

W lepszej sytuacji jest nauczycielka języka angielskiego Despoina Haravgi. Opłaty za lekcje musiała zmniejszyć z 30 do 10–15 euro za godzinę. Miesięcznie z lekcji ma 2400 euro. Na codzienne wydatki potrzebuje 20 euro - 600 euro na miesiąc. Mąż też ma pracę, jest kasjerem w banku.

Oficjalnie średnia pensja w Grecji wynosi nieco ponad tysiąc euro. W rzeczywistości nieliczne dostępne oferty pracy obejmują wynagrodzenie w wysokości ok. 600 euro. A i takich brakuje, aktualny poziom bezrobocia co prawda od apogeum zapaści nieco spadł z ponad 27 do 25,6 proc., ale już w grupie najmłodszych pracowników – osób do 25. roku życia – wciąż przekracza 50 proc.

Ten, kto ma pracę, wpada w tryby fiskusa. Po podwyżkach podatków dwa lata temu (miały przynieść 2,5 mld euro dodatkowych przychodów w latach 2013–2014) obowiązują trzy progi: 22, 32 i 42 proc. dla dochodów do 25, 25–42 i ponad 42 tys. euro rocznie.

700 tys. Greków nie jest w stanie zapłacić rachunków za prąd, 3 mln ludzi żyją poniżej progu ubóstwa, 57 proc. młodzieży nie ma pracy – grzmiał dawny polityk opozycji Panos Kammenos, dziś minister obrony. Miał trochę racji. Podatki wzrosły, biednych nie ubyło.

Przyszłość? Z euro czy bez rysuje się mrocznie. Pierwszą rzeczą, z której rezygnują dziś Grecy, są dzieci: liczba urodzeń spadła od 2010 r. z 114 766 do 94 134 w 2013 r. A te, które już znalazły się na świecie, trafiają do sierocińców. Jak twierdzi prokurator ds. nieletnich z Aten, Ilias Zagoreas, w 2013 r. jego biuro miało do czynienia z ponad 1 tys. przypadków porzucenia dzieci, od niemowląt po kilkulatków (na terenie Aten i portu w Pireusie). W ubiegłym roku ówczesny minister zdrowia Adonis Georgiadis przyznał, że liczba porzuconych dzieci w jednej z najlepszych stołecznych klinik położniczych wzrosła o 336 proc.

O podobnej skali zjawiska mówi personel innych szpitali. Lekarze, póki mogą, opiekują się dziećmi w swoich placówkach. Ale i tak maluchy trafią do sierocińców. Ostatecznie mogą wylądować na ulicy, powiększając rzeszę bezdomnych. Tylko w Atenach jest ich 15 tys.