Radioaktywne pozostałości miały zostać wywiezione z bunkra mieszczącego się w ruinach zniszczonych zakładów chemicznych w Doniecku. Był wśród nich cez 137, który nawet w niewielkiej ilości powoduje szybki rozwój raka i śmierć. A tymczasem, w rękach rebeliantów są tony tego pierwiastka. "Newsweek" twierdzi, że na początku lipca otrzymał od ukraińskich służb bezpieczeństwa dokumenty mające świadczyć o tym, że grupa naukowców z Rosji została wyznaczona przez władze tzw. Donieckiej Republiki Ludowej do pracy nad zabezpieczeniem radioaktywnych śmieci.

Jeden z dokumentów, jakie służby miały zdobyć dzięki zhakowanie kont mailowych separatystów, miał zostać podpisany przez lidera Republiki Aleksandra Zacharczenkę i miał polecać batalionowi Wostok zabezpieczenie wojskowe dla operacji przewiezienia materiałów. Wszystko miało się wydarzyć między 2 a 18 lipca i wymagało ewakuacji ludności w promieniu kilku kilometrów. Tymczasem, jak twierdzi magazyn, rosyjska agencja atomowa Rosatom zaprzecza, by wysyłała na tereny opanowane przez separatystów swoich naukowców.

Inne zawarte w raporcie dokumenty przedstawiają m.in. zapis jednego ze spotkań w szeregach separatystów, w czasie którego miała być mowa o budowie "brudnej bomby".

"Newsweek" poprosił o komentarz zastępcę ministra obrony donieckiej republiki. Edward Basurin kategorycznie zaprzeczył tego rodzaju doniesieniom. Sprawy nie chce komentować NATO.