Zarząd Svenska Cellulosa Aktiebolaget, giganta szwedzkiej branży papierniczej, lubił się zabawić. W sercu najlepszych terenów łowieckich firma wybudowała domek myśliwski – wedle słów pracowników firmy warty swojej wagi w złocie. Menedżerowie wozili tam kontrahentów lub latali tam sami, by się rozerwać: polowali lub biesiadowali. Gdy zamarzyła im się obława z psami, to zwierzaki dowiozły helikoptery. Gdy innym razem któryś z prezesów zapomniał portfela, wysłał korporacyjny odrzutowiec po swoje dokumenty.

Gdy sprawę ujawniono, poleciały głowy. W ciągu kilku tygodni, od chwili kiedy szwedzkie gazety zagrzmiały z oburzenia, siedmiu szefów firmy rozstało się ze stanowiskami. Wtedy burza dotarła do prezesa. Sverker Martin-Lof, 71-letnia legenda skandynawskiego biznesu i od 13 lat szef zarządu SCA, też nie widział powodów, żeby sobie odmawiać luksusu. Nie widział też problemu w tym, że w firmie inwestycyjnej Industrivarden, gdzie także zajmował stanowisko prezesa, zatrudnił w charakterze doradcy zarządu swojego syna. – Nie ma co przeciągać agonii – uciął Martin-Lof, gdy ogłaszał dymisję.

Jego następca nie utrzymał się nawet miesiąca, bo szwedzkie gazety dorzucały kolejne smaczki z życia prezesury. Firmowy odrzutowiec przywoził im nie tylko portfele, lecz także woził żony na zakupy, a dzieci na olimpiady, mundiale i wyścigi F1. Serial ze zdzieraniem menedżerskich skalpów dostarczył skandynawskim mediom pożywki do rozważań na temat etosu rodzimego biznesu, standardów zarządzania i pozornie skromnego stylu życia na półwyspie. Menedżerowie, którzy stracili stołki, takich rozterek nie mieli. Martin-Lof mógł się pochwalić wzrostem wartości akcji Industrivarden o 45 proc. w ciągu trzech ostatnich lat oraz ściągnięciem do SCA silnego inwestora – Norweskiego Państwowego Funduszu Emerytalnego (SPU). Zaangażowanie tego ostatniego nie było wielkie, ledwie 8 proc. akcji, lecz jest on uznawany za gwaranta jakości.

Nie ma się więc co dziwić, że skandal trafił rykoszetem w Norwegów. Larum podnieśli szwedzcy inwestorzy norweskiego funduszu, których zdaniem Oslo nie chciało zauważyć nadużyć w Svenska Cellulosa Aktiebolaget. Oberwało się Norges Bank Investment Management (NBIM), oddziałowi norweskiego banku centralnego, który zarządza 900-miliardowym funduszem. – Czas, by Norwedzy zaczęli działać o wiele bardziej profesjonalnie – punktował Carl Rosen, szef stowarzyszenia 68 tys. drobnych szwedzkich udziałowców norweskiego funduszu.

Coś może być na rzeczy. Szwedzcy analitycy rynku inwestycyjnego twierdzą, że Norwedzy co prawda wprowadzają swoich przedstawicieli do zarządów spółek, lecz rzadko ingerują w bieżące sprawy firm, których są udziałowcami. – Nasze inwestycje w Szwecji znacząco wzrosły w ostatnich latach i zauważamy, że wraz z większym udziałem własnościowym przychodzi presja na dopilnowanie reguł obowiązujących właściciela – odpowiadał rzecznik NBIM. Bardziej dosadny był jeden z byłych menedżerów norweskiego programu inwestycji Martin Skancke. – Posiadając udziały w tysiącach firm, oczywiste jest, że nikt nie da rady interweniować w każdej spornej kwestii w każdej ze spółek – komentował. – Wysiłki koncentruje się na firmach, gdzie poziom posiadanych udziałów jest wysoki, lub tam, gdzie zainwestowano wielkie sumy – dodał.

Oznacza to, że Norweski Państwowy Fundusz Emerytalny, zwany potocznie Oljefondet – funduszem naftowym, nie kontroluje znacznej części z 9 tys. spółek, w jakie zainwestował.

Inwestorska czarna lista

Potknięcia zdarzały się już Norwegom. – To jedna z najgłupszych decyzji, jakie można było podjąć – komentował jeden z czołowych prywatnych inwestorów w Norwegii Tor Olav Troim dla dziennika „Dagens Naringsliv” zaangażowanie funduszu w bank Lehman Brothers. Mądry Norweg po szkodzie: menedżerowie z NBIM do ostatnich chwil przed bankructwem amerykańskiego giganta ładowali pieniądze w jego udziały – w II kw. 2008 r., gdy bank ogłaszał niemal trzymiliardową stratę, Norwedzy zwiększali liczbę posiadanych udziałów z 1,7 mln do 17,5 mln akcji. Trzy miesiące później, gdy kryzys finansowy zaczynał uderzać w giełdy na całym globie, minister finansów Kristin Halvorsen musiała tłumaczyć się w parlamencie z fatalnych decyzji inwestycyjnych podwładnych. – Smutny dzień dla 4,8 mln rodaków – kwitował z kolei lokalny magnat biznesowy Oystein Stray Spetalen.

To niejedyna krytyka, na którą narażeni byli szefowie Oljefondet. Przez lata Norwedzy nie przebierali w pomysłach na zarobek: fundusz inwestował m.in. w spółki zajmujące się hazardem, takie jak Las Vegas Sands, sieć kasyn w USA i Azji Południowo-Wschodniej. W portfolio znajdowały się firmy o nie najlepszej renomie, zajmujące się masową produkcją oleju palmowego (wycinka lasów deszczowych) lub wydobyciem surowców mineralnych w Trzecim Świecie. Zębami zgrzytali ekolodzy, aktywiści na rzecz praw człowieka czy organizacje stowarzyszające osoby uzależnione od hazardu. – To stosowanie podwójnych standardów, hipokryzja – dowodziła Lill-Tove Bergmo z Spillavhengighet Norge, organizacji anonimowych hazardzistów.

Inwestycje może i kontrowersyjne, ale dzięki nim norweski fundusz przebrnął przez najgorsze lata globalnej dekoniunktury względnie suchą stopą. Teraz co prawda analitycy napomykają, że na wynikach funduszu odbije się kryzys w relacjach między Zachodem a Rosją oraz dołujące ceny ropy naftowej – ale jak na razie Oljefondet wychodzi z potencjalnych kryzysów obronną ręką. Pierwszy kwartał bieżącego roku znowu był rekordowy: jak donosił dziennik „Financial Times”, fundusz zarobił więcej, niż w tym samym czasie zdążył wydać rząd w Oslo. I to przy kiepskim kursie korony.

Jednocześnie fundusz przestaje być machiną do zarabiania pieniędzy, a ze względu na swoją potęgę staje się narzędziem do prowadzenia polityki międzynarodowej i gospodarczej (ustępuje on pod względem zgromadzonego majątku jedynie podobnej instytucji z Abu Zabi, w jego rękach znajduje się 1 proc. wszystkich wyemitowanych na świecie akcji giełdowych). Przez lata obowiązywał choćby zakaz inwestowania w Birmie, wywołany wieloletnim uwięzieniem tamtejszej dysydentki Aung San Suu Kyi. Ale obecny szef funduszu Yngve Slyngstad nie ukrywa, że jego instytucja od lat jest poddawana presji, by poprzez posiadane akcje próbowała wpływać na poczynania firm, w które inwestuje.

Zaczyna się od samej decyzji o inwestycji. W ciągu ostatniej dekady Norwedzy podpadli m.in. Waszyngtonowi, wykluczając z listy potencjalnych firm, w które chcieliby inwestować, General Dynamics i Lockheed Martin (za produkcję bomb kasetowych), Boeinga i Northrop Grumman (rozwijanie arsenału nuklearnego). Na czarnej liście znalazły się też francuska firma Thales i południowokoreańska Poongsan Corp. (za produkcję bomb kasetowych), południowoafrykańska DRD Gold South Africa (za zanieczyszczanie środowiska naturalnego), singapurskie Singapore Technologies i Engineering Singapore (produkcja min) czy brytyjska BAE Systems (broń nuklearna). Na indeksie są też firmy tytoniowe. Ale największą krytykę wywołało wpisanie na czarną listę sieci Wal-Martu – za systematyczne naruszanie praw człowieka, w szczególności w sklepach sieci w Meksyku.

Kryteria te jednak nie są stosowane szczególnie rygorystycznie. Dopiero niedawno okazało się, że NBIM co prawda przed laty wykluczyła kopalnie złota z RPA z listy potencjalnych zakupów, ale nie unikała bynajmniej innych firm z tej branży. Wycofała się z nich dopiero w ostatnich latach. Posiadane pakiety akcji nie skłoniły też Norwegów do interweniowania w poczynania wielkiej finansjery – fundusz zachowywał się pasywnie na zgromadzeniach akcjonariuszy np. Goldman Sachs czy JP Morgan.

Zdekarbonizować świat

To się ma zmienić. – Naszą rolą jest myśleć długoterminowo i chronić wartości dla przyszłych pokoleń – zapowiedział wiosną Slyngstad, prezentując pierwszy w historii funduszu raport na temat odpowiedzialnego inwestowania. Niemal jednocześnie Norwedzy postanowili zainicjować nowy trend: fundusz oparty na dochodach z produkcji paliw kopalnych odwrócił się od węgla. W kwietniu ministerstwo finansów w Oslo zapowiedziało przyjęcie nowych kryteriów inwestycyjnych, nakazujących pozbycie się udziałów w firmach, które w znaczący sposób przyczyniają się do emisji gazów cieplarnianych. Projekt upubliczniony w kwietniu, w ciągu dwóch następnych miesięcy stał się oficjalną polityką firmy. Oficjalną, bo okazało się, że już od kilku lat fundusz dyskretnie pozbywał się udziałów w tego typu firmach, np. tylko w zeszłym roku wycofał się z 14 firm węglowych, pięciu zajmujących się roponośnymi piaskami, dwóch produkujących cement, jednej elektrowni oraz 17 innych przedsiębiorstw zajmujących się górnictwem. W sumie pod młotek poszły aktywa ponad stu firm – a wyprzedaż trwa.

Z jednej strony to gest zaadresowany do rodzimych ekologów i aktywistów, którzy od lat krytykowali rząd w Oslo za brak działań na rzecz ratowania środowiska naturalnego i zapobiegania efektowi cieplarnianemu. Gest niepozbawiony ekonomicznego sensu: na emeryturę odsyłają górnictwo węglowe zarówno analitycy Goldman Sachs (raczej nie za sprawą norweskich udziałowców), jak i naukowcy Uniwersytetu Stanforda. Dekarbonizacja świata do końca stulecia marzy się kanclerz Angeli Merkel. O odejście od spalania węgla apelują nie tylko ekolodzy, ale i pracownicy służby zdrowia, Kościół Anglii czy właściciele kalifornijskiego nauczycielskiego funduszu emerytalnego, który miałby pójść tropem Oljefondet i wyprzedać posiadane akcje spółek zajmujących się wydobyciem węgla. Trend jest więc oczywisty, a niewykluczone zresztą, że straszak – pod postacią groźby utraty inwestora – pozwoliłby realnie przekształcać politykę innych firm znajdujących się w norweskim portfolio.

Jednak nowy trend inwestycyjny Oljefondet pozostaje na razie symbolem: jak podliczono w maju, w portfelu funduszu wciąż pozostają gigantyczne aktywa firm górniczych (o wartości szacowanej na 31 mld koron, czyli ok. 3,8 mld dol.), przedsiębiorstw produkujących energię (109 mld koron) oraz koncernów gazowych i naftowych (229 mld koron). Wartość wyprzedanych dotąd aktywów menedżerowie funduszu dyskretnie pomijają milczeniem. Nie jest jasne, jak teraz ułożą się relacje norweskich udziałowców z zarządami spółek takich jak RWE, E.ON czy Vattenfall, według niektórych analiz Norwedzy będą się musieli ich pozbyć. – Liderzy przemysłu węglowego nie zdołali zaangażować się w konstruktywny sposób w dialog z inwestorami, rządami i regulatorami, więc muszą ponieść konsekwencje tego, że jeden z największych funduszy inwestycyjnych świata rozgląda się za innymi celami, by osiągnąć wyznaczone sobie finansowe cele – ocenia Tom Sanzillo, ekspert nowojorskiego Institute for Energy Economics and Financial Analysis. – Norwegia wyznacza trend i wkrótce nie będzie sama – dodaje.

Testem kodeksu etycznego Oljefondet może stać się ostatni skandal w Indiach: na początku lipca norweska organizacja Foreningen for Internasjonale Vannstudier (FIVAS, Stowarzyszenie na rzecz Międzynarodowych Badań Wody), wraz z aktywistami z subkontynentu, oskarżyła koncern Coca-Cola o praktyki prowadzące do zanieczyszczenia źródeł wody w co najmniej trzech stanach Indii. – Coca-Cola, motywowana wyłącznie pogonią za zyskiem, umiejscowiła wiele swoich zakładów w miejscach, w których wody i tak już brakuje, czyniąc dostęp do niej ekstremalnie trudnym dla mieszkających w pobliżu ludzi – twierdzi Amit Srivastava z organizacji India Resource Center.

Autorzy raportu domagają się, by NBIM – w ramach kary dla korporacji – wyzbył się akcji Coca-Coli i innych powiązanych z nią spółek, jak choćby Nestle. A chodzi o pakiet warty w przypadku samego producenta napoju aż miliard dolarów. – Inwestowanie w Coca-Colę oznacza godzenie się na łamanie jednego z fundamentalnych praw człowieka: dostępu do wody pitnej. Oczekujemy, że inwestorzy z sumieniem pozbędą się udziałów w Coca-Coli – nie ustępuje Srivastava.

Wikingowie ruszają na podbój Azji

Koniec końców, problem sprowadza się do tego, że norweski fundusz może dysponować siłą finansową do tego, by zmieniać politykę firm czy rządów. Ale jednocześnie oznacza to ryzyko gorszych wyników finansowych, bo etyczne rozwiązania niekoniecznie są rozwiązaniami zyskownymi. Na dodatek etyka nie jest nauką ścisłą – stąd niektórzy krytycy Oljefondet twierdzą, że Norwedzy zdecydowali się na rozstanie ze spółkami węglowymi ze względu na fakt, że odchodzenie od węgla może nakręcić koniunkturę na surowce, które produkuje ich kraj – gaz i ropę.

To niejedyny dylemat, przed którym stoją menedżerowie z Oslo. W ostatnich latach konsekwentnie przebudowywano portfolio funduszu, w coraz większej mierze lokując je poza Europą. – Strategicznie jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy być – mówił w marcu Slyngstad. – W mniejszym stopniu w Europie, bardziej wystawieni na gospodarkę globalną – opisywał. Dziś w Starym Świecie ulokowane jest 41 proc. środków funduszu, kolejne 40 proc. – w USA i Afryce, a 19 proc. – w Azji i Oceanii. Problem w tym, że eksperci – oceniając rekordowe wyniki z 2013 r. – podkreślali, że są one w dużej mierze zasługą inwestycji w Europie.

Oczywiście nic w tej relokacji kapitału zaskakującego: amerykańska gospodarka podniosła się z kryzysowej zapaści już wiele miesięcy temu, kilka tygodni temu firma Boston Consulting Group uznała, że pod względem posiadanego majątku Azja właśnie wyprzedziła Europę, Chiny z powodzeniem mogą uchodzić za supermocarstwo gospodarcze. Nieco wcześniej Pekin zezwolił Norwegom na podniesienie wolumenu ich inwestycji za Wielkim Murem do poziomu 2,5 mld dol. – To oznacza, że inwestujemy więcej na chińskim rynku – mówił Slyngstad. – Ten rynek ma swoje wyzwania, ale w perspektywie długoterminowej jesteśmy pewni, że można tam znaleźć dobre spółki, które dostarczą funduszowi zysków – dodawał.

Ale równie dobrze Oljefondet może tam natrafić na rafy: skoro Oslo swego czasu zdecydowało się obłożyć Birmę inwestorskim embargiem ze względu na los Aung San Suu Kyi, pytanie, jak długo przyjdzie czekać na pierwsze apele o wyprzedaż chińskich akcji w imię obrony choćby Liu Xiaobo, pokojowego noblisty z Państwa Środka? Ile z chińskich firm podzieli los Wal-Martu?

Te pytania będą tym bardziej aktualne ze względu na to, że w samej Norwegii budzą się obawy o negatywne skutki nadmiaru bogactwa. To nie żart – zadłużenie osobiste Norwegów należy do najwyższych w Europie, a zaciąganie kredytów i rozrzutność napędza wiara w hojne emerytury. Blisko co trzecie gospodarstwo domowe ma długi sięgające poziomu uznawanego za skrajnie ryzykowny (europejska średnia to 9,5 proc. gospodarstw). – Myślę, że bogactwo nieco nas rozleniwiło – komentuje Trond Bentestuen, szef oddziału personal banking w banku DnB. – Musimy zacząć się uczyć od innych Europejczyków. Oni dokonują lepszych wyborów, tworzą osobiste budżety. Nasz bank zdecydował się więc rekrutować rodziny z takich krajów, by uczyły nasze dzieci, jak zarządzać domową gospodarką – dodaje. Jedną z twarzy tej kampanii jest rodzina państwa Dziubałków, znad Wisły rodem. – Norwedzy nie myślą o przyszłości finansowej, bo państwo zawsze o nich dbało – twierdzi Dorota Dziubałko. – Pod tym względem ich przewyższamy. Mamy długą historię gospodarczych kryzysów. Planowanie wydatków było koniecznością i stało się normalną częścią naszego życia. Dzięki niemu czujemy się bezpieczniejsi – dorzuca. Bogactwo szczęścia nie daje?