„Wszystko, co teraz rozgrywa się przed naszymi oczami, grozi wybuchowymi skutkami dla całej Europy. A europejska odpowiedź to szaleństwo. Musimy przyznać, że błędna polityka Unii Europejskiej odpowiada za całą tę sytuację” – czytamy w tekście, który pojawił się na początku września we „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. – „Nieodpowiedzialność to znak każdego europejskiego polityka, który obnosi się z obietnicą lepszego życia dla imigrantów i zachęca ich do pozostawienia wszystkiego za sobą i ryzykowania życiem przy próbie dostania się do Europy. Jeśli Europa nie pójdzie po rozum do głowy, znajdzie się na przegranej pozycji w batalii o swój los”.

O, dyktator idzie

Tekst podpisany nazwiskiem węgierskiego premiera można uznać za wyjątkowo dyplomatyczny. Na co dzień Viktor Orban jest znacznie bardziej lapidarny. – Węgry dla Węgrów, Europa dla Europejczyków – skwitował niedawno w Baile Tusnad, zamieszkanej przez Węgrów miejscowości w Rumunii, gdzie szefowie rządów w Budapeszcie chętnie wygłaszają swoje programowe mowy, swoiste expose-bis. – Globalny kryzys finansowy w 2008 roku pokazał nam, że liberalne państwa demokratyczne nie są w stanie pozostać konkurencyjne w skali globalnej. Nie sądzę, żeby nasze członkostwo w Unii Europejskiej miało uniemożliwiać nam budowę nieliberalnego państwa opartego na narodowych fundamentach – mówił rok wcześniej, wywołując na europejskich salonach burzę. Podobnie zresztą, jak przytaczając przykłady wymarzonych systemów: Chiny, Rosja, Turcja. – Żadne z nich nie jest liberalne, a niektóre nie są nawet demokracjami – kwitował.

Niewyparzony język to największy atut, a zarazem największa słabość Orbana. 16 czerwca 1989 roku na wielotysięcznym wiecu w Budapeszcie młody jeszcze student, nie przebierając w słowach, rzucił, że armia Związku Radzieckiego powinna opuścić Węgry. A nie był to moment, w którym upadek komunizmu był już przesądzony i można się było licytować na zasługi w walce z reżimami.

Przez lata jego butność się Węgrom podobała. Nawet jeśli posłali Orbana na pewien czas do ław opozycji, partia FIDESZ wróciła do władzy i mocno się jej trzyma. Problem natomiast w tym, że czym innym była walka z „braterstwem”, jakie spajało blok wschodni, a czym innym jest retoryczna kanonada w stronę Europy. Ale – jak cytuje jednego z przyjaciół autor biografii Orbana, Igor Janke: „jeżeli ma wybór, otworzyć drzwi klamką czy je wyważyć, to Viktor zawsze je wyważy”. Prywatnie traci w ten sposób przyjaciół i jest dziś w polityce i życiu osamotniony. Politycznie zaś zyskuje opinię polityka agresywnego i o ciągotach, którym łatwo można przypiąć łatę autokratycznych.

Ale nawet w Brukseli europejscy politycy zdają sobie sprawę, że to retoryka. „O, dyktator idzie” – zakpił sobie szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker podczas jednego z tegorocznych szczytów unijnych, co wychwyciły kamery. Potem obaj panowie – luksemburski eurokrata i węgierski „Victator” serdecznie klepali się po karkach. Biorąc pod uwagę, że w 1999 roku, gdy radykalnie prawicowa Wolnościowa Partia Austrii (FPŐ) weszła do koalicyjnego gabinetu rządowego, Unia Europejska obłożyła Wiedeń sankcjami, nie sposób nie zwrócić uwagi, że mimo wojowniczości Orbana Węgry nie spotkała żadna „brukselska kara” za budowanie „fundamentów dyktatury”. A miłość do Putina nie jest karalna, choć najwyraźniej zniechęca do Orbana choćby polityków polskiej prawicy, dla której antyrosyjskość jest wyznacznikiem prawicowości.

Agresywna terapia traum

Problem w tym, że wojownicze pointy Orbana – wraz z wypowiedziami innych polityków FIDESZ-u – w ciągu ostatnich kilku lat zmieniły dyskurs publiczny na Węgrzech. Przeszło dekadę temu, gdy Imre Kertesz dostawał Nagrodę Nobla, a w kinach królowali „Kontrolerzy”, otwarcie ksenofobiczne, kontrowersyjne wypowiedzi skazywały polityków na niebyt, a w dyskusjach przy obiedzie wywoływały efekt faux pas. Dzisiaj zarówno Orban, jak i inni politycy, już w słowach nie przebierają. – To nie jest problem Węgier, to problem Niemców – mówił kilka dni temu szef rządu o tłumie uchodźców, którzy na budapeszteńskim dworcu Keleti usiłowali wsiadać do pociągów jadących na Zachód. – Oni wszyscy przecież walą do Berlina – ucinał. Jeśli kiedyś ciągnące się godzinami kontrole na granicy węgiersko-serbskiego nieopodal Szeged były oddolnymi demonstracjami niechęci Węgrów do Turków, którzy na wakacje jechali w rodzinne strony z państw zachodnioeuropejskich, tak teraz można mieć niemal pewność, że mundurowi są przekonani, iż realizują politykę państwa.

Co gorsza, nacjonalizm Orbana i stojących za nim środowisk politycznych jest bezkrytyczny: leczy zarówno kompleksy i krzywdy Węgrów, jak i wybiela te co bardziej splamione karty historii. „Trauma Trianon” – okrojenie po I wojnie światowej Węgier o grubo ponad połowę terytorium, co wyrzuciło poza ojczyznę miliony Węgrów – dziś obywateli Słowacji, Ukrainy, Rumunii czy Serbii – jest jeszcze zrozumiała. Ale już mniej stopniowa rehabilitacja admirała Miklosa Horthy’ego – w czasie II wojny światowej, jakby nie patrzeć, sojusznika III Rzeszy, który mógł co prawda przymykać oko na uciekających na Węgry lub przez nie na Zachód Polaków, ale w innych aspektach raczej naśladował politykę Führera. Kiedy trzy lata temu w miejscowości Gyömrő imieniem admirała nazwano park miejski, padła pewna bariera psychologiczna. Nieco ponad rok później Horthy miał już „swoją” ulicę w Budapeszcie. Chichot historii: niegdysiejsza uległość admirała wobec Hitlera może przypominać sympatię Orbana do Putina. – Jesteśmy solidarni z Ukraińcami, ale nie możemy zapominać o naszych własnych interesach. Nikt nie może nam odebrać prawa do zatroszczenia się o bezpieczeństwo naszych dostaw energii – kwitował Viktator. To samo w swoim czasie mógłby pewnie powiedzieć Horthy.

Na swój sposób dzieckiem Orbana stał się Jobbik: radykalne niegdyś studenckie ugrupowanie, z ciągotami w stronę faszyzmu, rasizmu, ksenofobii, antysemityzmu najpierw w 2010 roku weszło do parlamentu (z 12-procentowym poparciem), a w 2014 roku niemal podwoiło stan posiadania (20 proc. poparcia). Nikt nie może zarzucić FIDESZ-owi bezpośredniej odpowiedzialności za ataki np. na węgierskich Romów. Ale śmiało można uznać, że ton i język, w jakich prowadzony jest dyskurs na tematy związane z Romami, uchodźcami, Żydami czy Unią Europejską, tworzy atmosferę, w której każdy chuligan może się uznać za patriotę. Jobbik nie byłby trzecią siłą w węgierskiej polityce i gospodarzem w części samorządów, gdyby nie twarde, populistyczne poglądy głoszone przez działaczy FIDESZ-u w walce o rząd dusz. Jednak FIDESZ ani nie przelicytuje Jobbiku na radykalizm, ani nie może przesunąć się do centrum czy na lewo – więc skrajna prawica na dłuższą metę będzie podgryzać elektorat partii Orbana. W przyszłości lider radykałów, Gabor Vona, może stać się kimś na kształt Jean-Marie Le Pena, tyle że z poparciem na poziomie Marine Le Pen. Ironia losu: radykalizm Viktatora przydał się do zdobycia władzy, ale może być też pętlą na szyję FIDESZ-u.

Viktatura i Orbanomika

FIDESZ najpierw zmieniał konstytucję, potem napisał nową. Filozofią nowego systemu politycznego ma być skuteczność: ekipa Viktatora doskonale zdaje sobie sprawę, że w życiu politycznym i społecznym uczestniczą też inni gracze. Media, organizacje pozarządowe, sędziowie – wszyscy mają swoje sympatie i poglądy polityczne, którym dają upust, nawet jeżeli w teorii mają być bezstronne.

Mediom czy NGO Orban może zamykać usta decyzjami administracyjnymi, sędziów musi zneutralizować za pomocą konstytucji – dlatego w tej z 2011 roku, napisanej przez FIDESZ, mnoży się liczbę sędziów w Trybunale Konstytucyjnym, dołączając tych z „rozdania politycznego”. Przy okazji obniżono im próg wieku emerytalnego, co pomogło pozbyć się w trybie doraźnym grupy tych, którzy z FIDESZ-em nie sympatyzowali. Podobnie zwiększono wpływ rządu na węgierską Komisję Wyborczą, bank centralny czy rzecznika praw obywatelskich. Dodatkowo, kluczowe elementy polityki gospodarczej kraju – np. podatki – mogą być zmieniane tylko przy poparciu większości konstytucyjnej. To gwarantuje trwałość reform wprowadzonych w okresie, kiedy to wprowadzał je FIDESZ. Nawet po utracie większości konstytucyjnej, w obecnym układzie politycznym nie ma szans na większość, która mogłaby te reformy odwrócić. Liczy się skuteczność – taka, na jaką pozwolić sobie mogą Putin, Xi czy Erdogan.

Problem w tym, że taki poziom kontroli instytucji państwa może się srodze zemścić na FIDESZ-u, gdy partia ta straci władzę. Podobnie, jak ukrócono w ostatnich latach wpływy lewicy albo po prostu graczy niechętnych Orbanowi, tak w oparciu o reformy ostatnich lat będzie można „wyciąć” ludzi FIDESZ-u w polityce, administracji, mediach, NGO, sądownictwie. Po drugie, ten poziom kontroli całego systemu może ułatwić wprowadzenie realnych rządów autokratycznych – tylko wewnętrzne, niemierzalne hamulce (moralność, poglądy, determinacja) dzielą wprowadzone do demokratycznego systemu władzy środki od wachlarza metod autokratycznych czy dyktatorskich.

Nawet węgierskiej gospodarki – zdaniem zwolenników Orbana, jednego z jego największych atutów – nie można jednoznacznie oceniać. Niewątpliwie wyniki Węgier – jeszcze kilka lat temu potencjalnego bankruta – są znacznie lepsze niż w przypadku innych, ratowanych brukselskimi pieniędzmi, krajów: Grecji, Hiszpanii czy Portugalii (choć Węgry pozostają poza eurostrefą, więc bezpośrednie porównania mogą się wydawać nie na miejscu). Ubiegłoroczny wzrost gospodarczy dobijał do 4 proc., bezrobocie niewiele przekraczało 7 proc., inflacja była bliska zeru. FIDESZ zapunktował u rodaków symboliczną zemstą na sektorze bankowym – pod postacią specjalnych podatków dla finansjery czy zrekompensowania węgierskim frankowiczom niekorzystnego kursu szwajcarskiej waluty.

Ale Orbanomika – jak ochrzczono już pomysły ekonomiczne ekipy Orbana – ma swoje słabe punkty. FIDESZ nie zdołał zlikwidować olbrzymiego długu publicznego, a co gorsza, eksperci uważają, że możliwości majstrowania przy standardowych podatkach już się wyczerpały. Stąd zeszłoroczna próba podejścia do wprowadzenia nowego, specjalnego podatku od „użycia internetu” – próba utrącona przez rozwścieczonych manifestantów, którzy wyszli na węgierskie ulice. Stąd powszechne – choć nie potwierdzone statystycznie – poczucie wielu Węgrów, że w kraju nie ma pracy, albo zmiana miejsca pracy graniczy z niemożliwością. Stąd też kiepskie oceny agencji ratingowych, oscylujące gdzieś blisko poziomu „śmieciowego”. – Orbanomika to system nacjonalizacji przedsiębiorstw, rozszerzania podatków sektorowych i selektywnego przyznawania kontraktów rządowych, co pozwala zwiększyć poziom kontroli rządu nad gospodarką – podsumowuje na łamach „Financial Times” były szef węgierskiego banku centralnego, Gyorgy Suranyi. Innymi słowy, Budapeszt nie realizuje polityki lewicowej, prawicowej czy liberalnej, a raczej opiera się na doraźnym łataniu dziur i próbach balansowania między nastrojami i potrzebami społeczeństwa, a finansową racjonalnością.

„Niepenetrowalna forteca władzy” – tak opisał jeszcze w 2009 r. marzenie Orbana jego biograf, Jozsef Debreczeni. Taka forteca właściwie już powstała i pozostaje tylko jedno pytanie: czy żeby ją przejąć, nie trzeba będzie jej zburzyć do fundamentów?