„Ziemia syryjska drżała pod stopami coraz to innych armii. Najeźdźcy przybywali, podbijali i odchodzili, bo pojawiali się następni. Zwyciężeni opuszczali Syrię, pozostawiając cząstkę kultury, wierzeń i obyczajów. Panowanie Arabów poprzedzają kolejno rządy Hetytów, Egipcjan, Aramejczyków, Asyryjczyków, Żydów, Babilończyków, Persów, Greków, Rzymian i Nabatejczyków” – pisała przeszło trzydzieści lat temu polska dziennikarka Farida Kuligowska w reportażu z Syrii. Poza niedobitkami najeźdźców kraina ta była też azylem dla rozmaitej maści buntowników, dysydentów i autsajderów z państw, które wyrastały i padały u jej granic. „Syria naszych czasów jest narodowym przekładańcem, gdyż taka była jej dziejowa prawidłowość” – kwitowała Kuligowska.

„Ekonomiczna stagnacja, brak wolności, intelektualne skostnienie i władza w ręku dynastii Asadów – oto socjalizm w wydaniu arabskim” – pisał z kolei na dwa lata przed wybuchem Arabskiej Wiosny reporter „National Geographic”. „Plusy? Kobiety noszące bez obaw dżinsy i odkryte włosy na ulicach” – dorzucał.

Syria może się dzisiaj kojarzyć z fanatykami z Państwa Islamskiego i ciągnącym się już od ponad czterech lat konfliktem zbrojnym. Ale do pewnego momentu – zwłaszcza w największych miastach tego kraju, Damaszku czy Aleppo – jej mieszkańcy żyli dosyć zgodnie, w wieloetnicznym i wieloreligijnym otoczeniu. Był to jeden z nielicznych krajów muzułmańskich, do których z pielgrzymką udał się Jan Paweł II (2001 r.). Skądinąd w Polsce można też usłyszeć, że Syryjczycy, którzy osiedlali się nad Wisłą w poprzednich dekadach, to jedna z najlepiej integrujących się grup imigrantów.

Kto dzisiaj ucieka z Syrii?

Przede wszystkim przedstawiciele mniejszości religijnych i narodowych, których rodzime miejscowości znalazły się w obrębie quasi-kalifatu założonego przez siepaczy Abu Bakra al-Bagdadiego, samozwańczego kalifa. Asyryjczycy, Chaldejczycy, jazydzi, syryjscy Kurdowie, alawici (którym nie udało się – lub z innych powodów nie mogą – uciec na pas terytorium znajdujący się jeszcze pod kontrolą sił rządowych). Mieszanka religii, wśród których znajdziemy zarówno chrześcijan, jak i muzułmanów-sunnitów – tych, dla których życie w kalifacie radykałów jest nie do zniesienia. W tym przypadku najczęściej będziemy mieć zapewne do czynienia z ludźmi, którzy zdobyli przynajmniej podstawy wykształcenia (według oficjalnych danych, w „przedwojennej” Syrii edukację przynajmniej na poziomie podstawowym zdobyło ok. 95 proc. społeczeństwa), zwykle mieszkali w większych ośrodkach miejskich, często wielokulturowych.

Podobną grupę mogliby stanowić Irakijczycy – również niemały odsetek obecnej fali imigracji – gdyby nie fakt, że ostatnie dwanaście lat nad Tygrysem i Eufratem to okres rozpadu struktur państwowych, pełzającej wojny domowej i zaniku niegdyś względnie tolerancyjnego, w skali regionu rozwiniętego i wyedukowanego, społeczeństwa. Dla młodego pokolenia Irakijczyków niegdysiejsza „światowa” atmosfera Bagdadu to legenda z czasów rodziców, albo i dziadków.

Pokój pamiętają już tylko dziadkowie

- Widzę tu wielu ludzi z Afryki, Afganistanu, Pakistanu, którzy twierdzą, że przybyli z Syrii. A wielu z nich nie potrafi wypowiedzieć nawet słowa po arabsku – pomstował Nizar Szoukri, 50-letni Syryjczyk, mieszkający od lat 80. w Chorwacji. Szoukri zaangażował się w pomoc rodakom, którzy próbują dostać się do Europy bałkańskim szlakiem.

Rzeczywiście, blisko połowa z 350 tysięcy oficjalnie zarejestrowanych już tegorocznych uchodźców twierdzi, że przybywa z Syrii. W tej grupie są też zresztą uchodźcy z innego, ogarniętego konfliktem, kraju – Afganistanu. I na tym kończą się podobieństwa między oboma grupami, bowiem islam i warunki życia pod Hindukuszem potrafią diametralnie różnić się od realiów, do jakich byli przyzwyczajeni Syryjczycy.

Afgańczycy mogą z dumą podkreślać, że ich kraj był „grobowcem imperiów”, ale ceną za to było zamienienie kraju w cmentarz. Pozbawiony elit, działającego systemu edukacji, opieki zdrowotnej, administracji państwowej stał się poza wszystkimi problemami polem zaciekłej rywalizacji w samym łonie islamu. Talibowie, którzy rozgromili wszelkie inne frakcje w połowie lat 90., zasadniczo różnili się od watażków z okresu wojny z Armią Czerwoną – w większości wychowali się w szkołach koranicznych (madrasach) będących pod wpływem wyznawców doktryny deobandyjskiej (od miasta Deoband w Indiach). Zgodnie z nią zaprowadzono specyficzny, wzorowany na wahabizmie, reżim surowych zasad współżycia społecznego, okrutnych kar, marginalizacji kobiet.

Do końca lat 90. spod Hindukuszu uciekały niedobitki elit i choć nieliczni emigranci wrócili po obaleniu talibów – dziś ponownie próbują wyjechać. Problem jednak w tym, że każda kolejna fala imigrantów z Afganistanu to osoby coraz mniej wiedzące o świecie zewnętrznym, coraz bardziej przywykłe do surowych reguł ortodoksyjnego islamu, coraz trudniej odnajdujące się zarówno w życiu społecznym liberalnych państw zachodnich, jak i w gospodarce wolnorynkowej. Jeśli można się spodziewać, że Syryjczycy stosunkowo płynnie zintegrują się z mieszkańcami państw, które ich przyjmą, podobny proces w przypadku Afgańczyków będzie wymagać większego wysiłku.

W imię honoru

Trzynaście lat temu Szwecją wstrząsnęła tragedia Fadime Szahindal, 27-letniej Kurdyjki, która w dzieciństwie wyemigrowała wraz z rodzicami do Szwecji. Fadime sprzeciwiła się ojcu i odmówiła zawarcia zaaranżowanego małżeństwa, znalazła chłopaka (Szweda), wyprowadziła się z domu. Ojciec uznał zachowanie córki za zniewagę dla honoru rodziny i gdy ta pojawiła się któregoś dnia z wizytą u matki i sióstr, bez większego zastanowienia zastrzelił Fadime.

Dramat w Szwecji zwrócił uwagę na fenomen „zabójstw honorowych”. Pod wpływem tragedii Fadime i kilku innych przypadków przypisano skłonność do takich zbrodni Kurdom i Turkom – na wyrost. Z badań Honour Based Violence Awareness Network wynika jednak, że to zjawisko najczęściej występuje na subkontynencie indyjskim – i to zarówno wśród tamtejszych muzułmanów, jak i hinduistów. Bo też radykalnie pojmowany honor rodziny nie jest zakorzeniony w religii, ile bardziej w rygorystycznych, po części niepisanych kodeksach klanowych i plemiennych – takich jak afgańskie pasztunwali, czeczeński adat, czy albański kanun. Ba, sporadyczne przypadki tego typu przestępstw odnotowywano też we Włoszech czy w Grecji, a odwołań – i swoistego uzasadnienia „honorowych zabójstw” można się doszukać zarówno w szariacie, jak i kodeksie Hammurabiego czy kodeksach napoleońskich.

Podobnie stało się w przypadku obrzezania kobiet – choć praktyka ta jest najpowszechniejsza w Rogu Afryki i Egipcie, a więc w regionach zdominowanych przede wszystkim przez islam, nie ogranicza się wyłącznie do społeczności muzułmańskich. Z tym problemem Europa będzie się musiała wkrótce zmierzyć na szerszą skalę – zwłaszcza że wśród imigrantów znajdą się uciekinierzy z Erytrei, Sudanu i Somalii.

Skądinąd, sprowadzanie świata muzułmańskiego do kliszy kobiety okutanej w okrywającą ją od stóp do głów burkę lub nikab, również jest fałszywa. W Iranie ponad połowa studiujących to kobiety, w Kurdystanie – dalekim od muzułmańskiego radykalizmu pod każdym względem – kobiety na równi z mężczyznami walczą z ekstremistami Państwa Islamskiego (za ich symbol mogłaby uchodzić Kurdyjka zwana Aniołem z Kobane, czy też walczące w szeregach peszmergów snajperki). Od ośmiu lat w Maroku kobiety mogą zostać kaznodziejami, na prawach zbliżonych do imamów meczetów. W całym świecie muzułmańskim funkcjonują organizacje feministek, które zamiast palić staniki i zdzierać chusty, wolą koncentrować się na próbach forsowania zmian w prawie przynoszących realną zmianę sytuacji kobiet.

Iron Maiden na pustyni

Tak jak islam zlał się w niektórych krajach czy regionach z tamtejszymi – często znacznie starszymi – kodeksami plemiennymi, tak i w innych miejscach na świecie adaptował się do lokalnych warunków. W niektórych miejscach zaowocowało to np. kultem świętych – marabutów w Afryce Północnej, czy sufich w Pakistanie, Iranie i Turcji. Irańczycy chlubią się perską kulturą: od miniatur, przez mozaiki, po muzykę, a bywa, że co gorliwszych współwyznawców nazywają „Arabami” – co w tym kraju bynajmniej nie jest komplementem. Turcy lubią zajrzeć do kieliszka, choć zalatującej anyżem raki blisko do samogonu, a Jemeńczycy i Somalijczycy lubują się w żuciu khatu (u nas znanego jako czuwaliczka jadalna). Dubajczycy zaś do momentu wybuchu Arabskiej Wiosny przez kilka lat z rzędu organizowali jeden z największych heavy metalowych festiwali świata – Dubai Desert Rock Festival – na którym występowały gwiazdy formatu Iron Maiden czy Motorhead.

Z badań ekspertów wynika, że przyjeżdżający na Zachód imigranci najczęściej są – i pozostają – muzułmanami umiarkowanymi, odpornymi na urok radykalnych duchownych. Kłopoty, z jakimi borykają się dzisiaj zachodnie społeczeństwa, pojawiały się dopiero z czasem: gdy pierwsze pokolenie zostało odrzucone przez społeczeństwa krajów gospodarzy, zamknęło się w gettach, we własnych społecznościach, a drugie pokolenie – urodzone już w „nowej ojczyźnie” – uświadamia sobie, że autochtoni nie zaakceptują go, nawet jeśli odetnie się od swoich korzeni. Innymi słowy, błędne koło. Powtarzanie stereotypów na pewno nie pomaga się z niego wyrwać.

Czy przyjąłbyś pod swój dach uchodźców z Syrii lub krajów Afryki Północnej?