- Niektóre obszary miast takich jak Bradford czy Oldham, wciąż są najbardziej podzielonymi miejscami w naszym kraju - dowodził w jednym z niedawnych wystąpień brytyjski premier David Cameron. - I to nie przypadek, że to takie miejsca, w których relacje społeczne tradycyjnie są najbardziej napięte, gdzie skrajna prawica i islamscy ekstremiści sączą swój jad, desperacko próbując wywoływać napięcia i potęgować podziały - dodawał.

Muzułmańskie serce Wielkiej Brytanii

Cameron nie przypadkiem wymienił Bradford - na mapie Wielkiej Brytanii to półmilionowe miasto mogłoby uchodzić za bastion islamu i imigrantów. Zgodnie ze spisami ludności, praktycznie co trzeci mieszkaniec miasta jest muzułmaninem, a gdyby dorzucić do tego innych bradfordczyków z imigranckimi korzeniami - pewnie uzbierałaby się połowa populacji. Przez lata mogło się z pozoru wydawać, że koegzystencja wszystkich społeczności - z uniwersytecką włącznie - przebiega względnie bezkolizyjnie. Złudzenia prysnęły jednak 7 lipca 2005 roku: zamachowcy, którzy zaatakowali w Londynie tamtego dnia, w większości pochodzili z tego regionu Królestwa, jeden nawet urodził się w Bradford. W ostatnich latach wśród miejscowych muzułmanów próbowali też łowić rekrutów zwolennicy Państwa Islamskiego. Z częściowym sukcesem - pod koniec ostatnich wakacji z miasta zniknęły trzy siostry Dawood - Chadija, Sugra i Zohra - które najprawdopodobniej uciekły do Syrii. Tamże wybierał się też 19-letni Syed Choudhury, tyle że zanim jeszcze wsiadł w samolot, namierzyły go brytyjskie służby bezpieczeństwa. Nastolatek w ostatnich tygodniach dostał trzy lata i cztery miesiące więzienia.

Ratusz w Bradford postawił w tej sytuacji na ryzykowną strategię: miejskie władze ogłosiły, że "otwierają bramy" dla syryjskich uchodźców. Być może to próba zwrócenia na siebie uwagi Londynu (rząd Camerona zgodził się przyjąć 20 tysięcy uchodźców z wielusettysięcznej fali imigrantów, stojącej u wrót Europy), a być może taktyka, polegająca na tym, że w mieście znaleźliby się ludzie, którzy ekstremizmu doświadczyli na własnej skórze, co mogłoby dać do myślenia potencjalnym naśladowcom Choudhury’ego. - Kiedy myślisz o zamieszkach rasowych, myślisz o Bradford. Ale to tylko łatwe skojarzenie, w tutejszej wspólnocie muzułmańskiej jest realna troska o ludzi uciekających z Syrii, realna chęć pomocy - podkreśla Hannah Stuart, ekspertka ds. kontrterroryzmu z instytutu Henry Jackson Society. - Nie sądzę, żeby ta sytuacja groziła negatywnymi skutkami. Bradford od dawna jest na radarze służb i nie jest jakimś szczególnie wielkim problemem - dodaje.

Połączenie wody z ogniem wydaje się być jednak o tyle ryzykowne, że ci brytyjscy eks-muzułmanie, którzy albo zmienili wyznawaną wiarę, albo porzucili religię w ogóle, nie czują się na Wyspach bezpiecznie. - Moja rodzina nie skrzywdziłaby mnie, nie ta bliska rodzina - opowiadała niedawno 25-letnia Aaliyah reporterom BBC. Aaliyah porzuciła religię w trakcie studiów, musiała też przekonać rodziców do odwoływania zaaranżowanego już małżeństwa. Udało się, ale w dawnym sąsiedztwie nie może się pokazać. - Nie powiedziałam nic dalszym krewnym. Tata powiedział mi ostatnio, że jeśli nieodpowiedni ludzie dowiedzą się, co zrobiłam, nie wiadomo, co może się stać - kwituje.

Frustracja, bieda, opresja

Zielony? Nie, władze portowe zarezerwowały sygnały świetlne w tym kolorze na swoje potrzeby. Może czerwony? Bynajmniej, strażacy żądają, by czerwone światła były zastrzeżone na ich potrzeby. A więc fioletowy - takim reflektorem podświetlają minaret swojego Wielkiego Meczetu w Marsylii muzułmanie. - Przypuszczam, że ten kompromis to oznaka asymilacji - śmiał się w rozmowie z dziennikarzem "The New York Times" lider lokalnej wspólnoty muzułmańskiej (stanowiącej prawdopodobnie około 30 proc. mieszkańców), Noureddine Cheikh.

Cóż, gdyby Marsylia miała tylko takie problemy. Paradoksalnie, ta francuska metropolia dwa lata temu była Europejską Stolicą Kultury, nieodmiennie odnotowuje gigantyczną ilość turystów szwendających się po mieście. Zarazem wśród Francuzów nosi niechlubne miano "stolicy kałasznikowa" - tej broni użyli choćby gangsterzy, którzy pod koniec września urządzili sobie jatkę pod jednym z tamtejszych klubów. Ale przez miasto regularnie przetaczają się kolejne wojny gangów.

Marsylskie gangi nie mają bynajmniej muzułmańskiego charakteru - ale to właśnie zaniedbane, porzucone osiedla, które zaludniła ostatnia fala imigrantów, stały się rozsadnikiem chaosu. To tam są klienci na przypływający z Maghrebu haszysz, tam przesiaduje bezrobotna młodzież, również ta, która miała swego czasu dobre chęci. - Władze nie dostrzegają tu prawdziwych korzeni zjawiska - dowodzi autor poświęconej portowi książki "Marseille, ma ville", Xavier Monnier. - Bieda, odizolowanie wysokobudżetowych projektów, brak publicznego transportu. Do tego dołóżmy korupcję polityczną - i ludzie tutaj kompletnie się gubią - podsumowuje. Niedawno szacowano, że co czwarty z mieszkańców Marsylii żyje poniżej granicy ubóstwa, a bezrobotnych może być niemal połowa mieszkańców (im młodsi, tym ich więcej).

Porównanie np. do Rotterdamu, również portowego miasta, z jego specyficzną atmosferą i kulturą, gdzie odsetek mieszkańców o imigranckich korzeniach i muzułmańskiej wierze dobija do 20 proc., dobitnie dowodzi, że w Marsylii zrobiono błąd. Jaki? Przez miasto od trzystu lat przewijały się fale imigrantów i uchodźców: Włosi, Grecy, Rosjanie, Korsykanie, Arabowie, Berberowie, Ormianie, Turcy, Wietnamczycy. Choć każde z tych środowisk imigranckich starało się skupiać w określonych okolicach czy częściach miasta, żadna z tych grup nie zdołała stworzyć własnego ekosystemu na miarę dzisiejszych muzułmańskich przedmieść. Być może autochtoni byli równie biedni jak przybysze i nie opuszczali zaludnianych przez nowych sąsiadów dzielnic. Być może też w mieszance wielu kultur roztapiały się zwyczaje przywożone przez nowo przybyłych.

Fale arabskich imigrantów z ostatnich lat wzburzyły wodę w tym stawie. - Frustracja, bieda, opresja - ucinał Christian Mouhanna, francuski kryminolog i socjolog. - To ludzie, którzy są nieustannie, często bez powodu poddawani policyjnym kontrolom. I tak dzieje się już od dobrych kilkunastu, może nawet dwudziestu lat - podkreślał. Strach przed Arabami podwyższył mentalne i rzeczywiste mury, które oddzieliły muzułmańskie dzielnice od reszty miasta. Na to nałożył się portowy charakter miasta, z tradycyjnym portowym półświatkiem i jego niepisanymi regułami.

Imigracja autochtonów

W którymś momencie władze w Marsylii zlekceważyły wyraźne sygnały nadchodzącego nieszczęścia: a takim ewidentnym sygnałem są wyprowadzki "tubylców" z dzielnic, w których osiedlają się pierwsi imigranci. W Rinkeby, jednej z dzielnic Sztokholmu, ta wewnętrzna migracja doszła do punktu, w którym dziewięciu na dziesięciu mieszkańców to przybysze, głównie z Turcji, Iraku i Somalii. O ironio, sytuacja nie przypada do gustu nawet niektórym imigrantom. - Zrobiło się tu takie małe Mogadiszu - krzywi się 75-letni Saud Mohammed, z pochodzenia Marokańczyk. - Szwedzi uciekli - wzdycha.

A w taki sposób bastionem imigrantów może stać się całe miasteczko: weźmy choćby Södertälje w Szwecji. Niewielka, dosyć malowniczo rozciągnięta nad jednym z jezior miejscowość rozbrzmiewa językiem arabskim od rana do zmroku. Szwedzi nazywają ją "małym Bagdadem" albo "Mezopotalje", w lokalnym klubie piłkarskim są dwie arabskie drużyny, w blokowiskach tłoczą się po dwie-trzy rodziny na mieszkanie. - Każdy tu jest z Iraku - kwituje właściciel sklepu spożywczego, a jakże, Irakijczyk.

"Mezopotalje" rodziło się w szybkim tempie: po obaleniu reżimu Saddama Husajna w Iraku zapanował chaos, bandytyzm, a codziennością stały się porwania dla okupu. Do ucieczki za granicę rzuciły się tysiące ludzi. W Europie krajem, który najszerzej otworzył przed nimi drzwi ,była właśnie Szwecja. Szczęście nie trwało jednak długo - w 2007 r. Sztokholm uznał, że w Iraku wojna się skończyła i uzyskanie decyzji o udzieleniu azylu stało się znacznie trudniejsze.

Dla Södertälje było już jednak za późno. Wraz z przybywaniem kolejnym dużych grup uchodźców, ubywało rodowitych mieszkańców miasteczka. Nie miało znaczenia, że przybysze wywieszali szwedzkie flagi, uciekali, by ratować życie, a nie w poszukiwaniu wysokich zasiłków. Nie miało nawet znaczenia, że niemal wszyscy nowo przybyli do Södertälje Irakijczycy to chrześcijanie. Chodziło o to, że byli Arabami.

Teherangeles w Mieście Aniołów

"Mały Bagdad" paradoksalnie nie zamienił się jednak w kompletnie oderwaną od zewnętrznego świata imigrancką enklawę. Takie cuda zdarzają się częściej - choć to prawda, że głównie za oceanem. Przykładem może być Teherangeles, czyli licząca sobie dobre 800 tysięcy ludzi diaspora irańska w czteromilionowym Los Angeles. Olbrzymia większość Irańczyków przyjechała tam po wybuchu Rewolucji Islamskiej w 1979 roku, osiedlając się w dzielnicy Westwood i jej okolicach. Z każdym kolejnym rokiem społeczność amerykańskich Persów powiększa się o kolejne tysiące osób, które wolą wyemigrować z obłożonego sankcjami kraju. Jednak perska diaspora w Mieście Aniołów nie sprawia większych problemów (nie licząc może sąsiedzkich sporów, które sportretowano swego czasu w filmie „Dom z piasku i mgły” z Benem Kingsley’em), co wynikać może z kilku przyczyn - Westwood to serce miasta, relatywnie niezła, handlowa dzielnica, a ratusz dba, żeby się rozwijała; do USA uciekali z reguły najbogatsi i najlepiej wykształceni, zwykle zapatrzeni w Zachód Irańczycy; wreszcie, Ameryka - zarówno symbolicznie, jak i w praktyce - nie odrzuca nikogo wyłącznie z powodu jego imigranckiej przeszłości i odmienności.

Sposób na azyl: zostać chrześcijaninem

- W imię Ojca, Syna i Ducha Świętego - mówi pastor, a Mohammed Ali Zonubi staje się Martinem. W podberlińskich parafiach liczba konwersji na chrześcijaństwo wzrosła w ostatnich tygodniach skokowo. Zonubi jest stolarzem, przedostał się z Iranu do Niemiec wraz z żoną i dwojgiem dzieci pięć miesięcy temu. Jak podkreślał, jego konwersja wynikała z autentycznego przekonania, że religia chrześcijańska jako droga do Boga odpowiada mu bardziej niż islam. Podobnie mówi kilkuset innych imigrantów, przeważnie Irańczyków lub Afgańczyków, którzy zgłosili się w ostatnich miesiącach do chrześcijańskich kapłanów w Niemczech.

- Zdaję sobie sprawę, że ludzie, którzy przychodzą, mają nadzieję, iż konwersja pomoże im w uzyskaniu azylu - podkreśla pastor Gottfried Martens, który przeprowadził Zonubiego przez proces konwersji. - Z drugiej strony wielu z nich zmienia po konwersji życie. Tylko mniej więcej co dziesiąty nie pojawia się już w kościele po przejściu na chrześcijaństwo - uzupełnia.

Azyl "na konwersję" to w europejskich środowiskach imigranckich zjawisko nowe, które może się okazać cichą rewolucją. Przede wszystkim ze względu na fakt, że przynajmniej część "nowych chrześcijan" może nie chcieć osiedlać się w środowiskach innych przybyszów z dawnej ojczyzny oraz - jeśli wierzyć Martensowi - będą oni znacznie częściej stykać się z miejscowymi wiernymi w kościołach. Na dłuższą metę może to być najlepszy sposób integracji, nawet jeśli oddolny i nieskoordynowany. Przy czym należy też pamiętać, że zjawisko występuje głównie w Niemczech, a tamtejsze "małe Stambuły" i tak na tle innych enklaw imigranckich uchodzą za stosunkowo otwarte. Berlińskie dzielnice Kreuzberg i Neukölln - choć daleko tam do sielanki - są turystycznymi atrakcjami, w gęsto zabudowanych uliczkach roi się od kafejek, miejsc spotkań bohemy oraz targów staroci. Berlińczycy zaglądają tam na dobrą kawę czy obiad w etnicznych restauracjach, kręcą się po antykwariatach i zachodzą do sklepów halal, w których można znaleźć produkty spożywcze lepszej jakości niż spreparowane mięso i owoce z supermarketów.

Zachodni komentatorzy przerzucają się argumentami w dyskusji, czy imigranckie enklawy są już "państwem w państwie", czy wręcz przeciwnie - są "miejską legendą". Niewątpliwie istnieją i żyją własnym życiem. Ale nie są też miejscami, w których policja "boi się interweniować". Tam po prostu gospodarze i goście zamieniają się rolami.