Czy prace wykonywane na pokładzie El Faro przez Polaków mogły przyczynić się do zatonięcia statku? Taki scenariusz będą badać amerykańscy śledczy z Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, którzy przybyli do macierzystego portu kontenerowca i rozpoczęli śledztwo w sprawie katastrofy.

Właściciele El Faro twierdzą, że kapitan kontenerowca monitorował trasę huraganu Joaquin i był przekonany, że nie zagrozi on statkowi. Jego plan był bardzo solidny, miał mu pozwolić na ominięcie sztormu - mówi Phil Greene szef armatora statku firmy TOTE Services. Greene przekonuje, że o zatonięciu przesądziła utrata napędu. Szef TOTE stwierdził, że choć statek miał 41 lat, to był sprawny. W tym roku inspekcje na El Faro przeprowadziły 3 agencje federalne.

Nie wiadomo co spowodowało awarię napędu El Faro. Wiadomo natomiast, że w trakcie rejsu w maszynowni pracowało 5 Polaków, którzy nie byli częścią załogi, ale zewnętrzną ekipą, która miała przygotować siłownię do generalnego remontu. Jak dowiedziało się Polskie Radio, byli oni zatrudnieni na kontenerowcu przez firmę zewnętrzną - InTec Marine z Fort Lauderdale na Florydzie. Przedstawiciele TOTE nie chcą ujawnić co dokładnie mieli robić Polacy w maszynowni. Poinformowali jedynie, że modernizacja miała związek z planami wycofania El Faro z rejsów na Karaiby i przeniesienia na zachodnie wybrzeże USA.

 Śledczy sprawdzą też między innymi czy kapitan nie działał pod presją armatora by dostarczyć ładunek na czas i dlatego wpłynął w potężny huragan. W rejonie Wysp Bahama trwa tymczasem akcja poszukiwania zaginionych. Bierze w niej udział 6 okrętów. O świcie czasu lokalnego dołącza do nich samoloty. Podczas wczorajszych poszukiwań natrafiono jedynie na kolejne szczątki statku oraz jego ładunku.