37-letnia Halima i jej o dwa lata młodsza siostra Hodda piątkowy wieczór spędzały w kawiarni Belle Époque. Wspólnie z bratem i znajomymi świętowały urodziny jednego z ich przyjaciół. O 21.35 padły strzały. Halima zginęła na miejscu, osierociła dwójkę małych dzieci - 6- i 3-letnie. Jej młodsza siostra została ciężko ranna, nie udało się jej jednak uratować.

Ojciec obu kobiet, Khalif Saadi, przyjechał do Francji z Tunezji w latach 70. Jego córki urodziły się już w jego nowej ojczyźnie. - Moja siostra, tak samo jak reszta naszej rodziny, była zintegrowana. Tu pracowała, mieliśmy tu swoje życie - opowiada jeden z jej braci. Inny wylicza, że w piątkowy wieczór stracił sześciu najbliższych mu ludzi. - Dżihadyści nie reprezentują religii muzułmańskiej - mówi ostro, cytowany przez dziennikarzy "Le Parisien". Rodzina, choć należy do wspólnoty muzułmańskiej, absolutnie nie chce być kojarzona z tymi szaleńcami, którzy dokonali zamachów. Religia nie stanowi wspólnego mianownika - podkreślają. 

- W Dreux (miejscowości oddalonej od Paryża o 80 km) nikt nie zapomni Djamili Houd - młodej kobiety, symbolu sukcesu swojej generacji - tak zaczyna się tekst na stronie "L'Echo Républicain". Kiedy pojawiły się pierwsze informacje o zamachach w Paryżu, wszyscy niepokoili się o grupę młodzieży, która pojechała na mecz Niemcy - Francja. Kiedy o godzinie 2 w nocy autobus wrócił z całą ekipą i okazało się, że wszyscy są cali i zdrowi, mieszkańcy Dreux odetchnęli. Jednak chwilę później okazało się, że w gronie ofiar znalazła się Djamila - 41-letnia matka 8-letniej dziewczynki zginęła od kul zamachowców. Ona również spędzała wieczór w kawiarni Belle Époque.

Djamila była najmłodszą z córek znanej w mieście rodziny Houdów. Zrobiła karierę w Paryżu. Ale - jak piszą lokalni dziennikarze - nie zapomniała o Dreux. Jej nauczyciele z liceum oraz koledzy mówią o niej nie inaczej jak: śliczna, delikatna, miła. Siostra Djamili zaś powtarza w mediach, że francuscy muzułmanie muszą ramię w ramię walczyć z ekstremistami.

Z kolei w "Liberation" opisywana jest historia 29-latka z Maroka. Amine Ibnolmobarak, młody architekt zmarł do kuli w Le Carillon Bar. Jego żona, Maya Nemeta, została ranna w kolano. - Chodził do liceum francuskiego w Casablance, potem wyjechał do Bordeaux, by studiować medycynę. Wybrał architekturę. Był niesamowity, zaangażowany, inteligentny, kreatywny - mówi jego profesor Marc Armengaud. - Kwintesencja młodej muzułmańskiej inteligencji - piszą dziennikarze.

W gronie ofiar zamachów znalazł się również algierski muzyk, Kheireddine Sahbi. Utalentowany skrzypek przyjechał do Paryża rozwijać swój talent muzyczny.

W katolickim czasopiśmie "La Croix" jeszcze w weekend, niemal tuż po zaraz po zamachach, pojawił się reportaż spod jednego z paryskich meczetów. Jego bohaterowie, francuscy muzułmanie, mówili, że zamachowcy nie działali w imieniu ich wiary.

Francuskie media pełne są materiałów wskazujących, że łączenie zamachów z mniejszością muzułmańską jako ogółem jest błędem. Zarysowuje się wspólna linia, którą trzymają dziennikarze przeróżnych tytułów - chodzi to, by uspokoić opinię publiczną, zapobiec potencjalnym wewnętrznym konfliktom, które z kolei mogłyby przerodzić się z zamieszki. – Chodzi o to, by nie eskalować nastrojów antymuzułmańskich - tłumaczy Nicolas Masłowski, politolog francuski z Uniwersytetu Karola.