Jedną z głównych przyczyn sukcesów Państwa Islamskiego jest to, że działaniami militarnymi tej organizacji nie kierują mułłowie, lecz dobrze wyszkoleni, zaprawieni w bojach dowódcy, w dużej mierze wywodzący się z armii Saddama Husajna. Nie znaczy to jednak, iż są oni najemnikami czy oportunistami, dla których dżihad nic nie znaczy i którzy przy pierwszych niepowodzeniach zdezerterują czy zmienią front.

Abu Bakr al-Baghdadi – przywódca Państwa Islamskiego i samozwańczy kalif – ma doktorat z teologii islamskiej i przed amerykańską inwazją na Irak był imamem w meczecie, ma też doświadczenie na polu walki. Jest więc świadomy, że do walki zbrojnej nie wystarczy sam religijny zapał. Potrzebne są też konkretne umiejętności i pod tym kątem dobrani są ludzie z jego najbliższego kręgu.

Informacje na temat tego, jak wygląda struktura kierownictwa Państwa Islamskiego, są niepełne i niepewne, ale według amerykańskiego wywiadu dla tej organizacji działa 100–160 oficerów dawnej irackiej armii i służb specjalnych. Przy czym zajmują oni eksponowane stanowiska. I tak bezpośrednimi zastępcami Baghdadiego zostali Abu Muslim al-Turkmani, który do czasu domniemanego zgonu w sierpniu tego roku (nie jest to informacja potwierdzona, jego śmierć ogłaszano co najmniej trzy razy) odpowiadał za terytorium irackie, i Abu Ali al-Anbari, któremu podlega część syryjska. Obaj są z pochodzenia Turkmenami, których w siłach zbrojnych Saddama było wielu, i obaj zrobili w nich karierę. Pierwszy był podpułkownikiem Istikhbaratu, czyli irackiego wywiadu wojskowego, i miał za sobą też służbę w Specjalnej Gwardii Republikańskiej, czyli elitarnych jednostkach zajmujących się ochroną irackiego dyktatora. Drugi służył w regularnej armii, gdzie doszedł do stopnia generała dywizji.

Karierę wojskową w siłach Saddama mieli za sobą także dwaj współprzewodniczący Rady Wojskowej, czyli ciała podejmującego decyzje militarne – Abu Ayman al-Iraqi (porucznik wywiadu wojskowego) oraz Abu Ahmad al-Alwani. Obaj zostali zabici w nalotach koalicji pod koniec zeszłego roku i nie wiadomo, kto zajął ich miejsce. Co ciekawe, ten pierwszy zastąpił innego byłego oficera irackiej armii Abu Abdulrahmana al-Bilawiego, który zabity został przez irackie siły rządowe kilka miesięcy wcześniej. Innym bardzo cennym nabytkiem Państwa Islamskiego był Hadżi Bakr, który w czasach poprzedniego reżimu zajmował się w armii rozwojem nowych rodzajów broni, a służąc u dżihadystów, był jednym ze współautorów strategii militarnej na podbicie Syrii. Zginął zabity przez syryjskich rebeliantów na początku zeszłego roku. Wszyscy wymienieni – podobnie jak sam al-Baghdadi – do różnych organizacji walczących z ustanowionym przez Waszyngton porządkiem włączyli się od razu po upadku reżimu Saddama w 2003 r., a większość z nich przynajmniej pewien czas spędziła w amerykańskich więzieniach w Iraku.

Ale była armia Saddama to niejedyne źródło doświadczonych żołnierzy, z którego korzysta Państwo Islamskie. Jedną z najbardziej poszukiwanych – i barwniejszych – postaci jest szef sztabu jego armii Tarkan Batiraszwili, który występuje pod pseudonimem Abu Omar al-Sziszani. Urodził się w Gruzji w mieszanej gruzińsko-czeczeńskiej rodzinie, w młodości potajemnie pomagał czeczeńskim bojownikom walczącym z armią rosyjską. Później sam się zaciągnął do gruzińskiej armii i brał udział w wojnie z Rosją w 2008 r. Mimo że wyróżnił się w walce, nie został odznaczony, a w promocji na stopień oficerski przeszkodziła mu wykryta gruźlica. Po powrocie do zdrowia nie udało mu się wrócić do wojska ani znaleźć pracy. Schwytany na przemycie broni trafił do więzienia, gdzie przeszedł na islam. Po wyjściu na wolność od razu wyruszył do Syrii. Tam trafił najpierw do grupy o nazwie Brygada Mudżahedinów, a później w szeregi Państwa Islamskiego. Za pomoc w jego schwytaniu amerykański Departament Stanu wyznaczył nagrodę w wysokości pięciu milionów dolarów.

Z kolei jednym z głównych odpowiedzialnych za rekrutowanie ochotników z Europy jest Bilal Bosnić – Bośniak, który dzieciństwo spędził w Niemczech, ale pod wpływem kontaktów z tamtejszymi salafitami wyjechał do ojczyzny i w czasie wojen bałkańskich zaciągnął się do armii Bośni i Hercegowiny.

To, że byli oficerowie Saddama Husajna zaangażowali się w działalność przeciw nowym władzom Iraku, nie dziwi. Zgodnie z decyzją ówczesnego amerykańskiego administratora Iraku Paula Bremera 400 tys. żołnierzy pokonanej irackiej armii zostało wykluczonych z życia publicznego – nie mieli prawa zajmować jakichkolwiek stanowisk i stracili prawo do emerytur. Ta decyzja dziś jest uważana za poważny błąd i przyczynę tego, że od 2003 r. niemal nieprzerwanie w Iraku trwa rebelia. Dziwić może jednak to, że byli oficerowie reżimu Saddama – świeckiego – znaleźli się w szeregach ugrupowania, które wprowadza rządy religijne w najbardziej radykalnej formie. Wytłumaczenie tego faktu jest podwójne – po pierwsze wielu dawnych oficerów Saddama zaangażowało się w rebelię już na samym początku, kiedy jeszcze nie miała ona tak dżihadystycznego charakteru (organizacje, z których powstało Państwo Islamskie, wielokrotnie się przekształcały, zanim przybrało ono obecną nazwę). Po drugie niektórzy z nich jeszcze w armii Saddama byli islamistami. Iracki dyktator, obawiając się Bractwa Muzułmańskiego, na początku lat 90. stworzył dla nich przeciwwagę – wspierał salafitów, którzy w zamian byli lojalni wobec reżimu. Osoby takie jak al-Bilawi czy an-Anbari były jednocześnie oficerami Saddama i islamistami, zatem nie miały później problemu z odnalezieniem się w Państwie Islamskim.