- Na syryjski konflikt składa się pięć różnych, wzajemnie się zaostrzających i powiązanych, konfliktów. Szczery, społeczny protest przeciwko okrutnej i skorumpowanej dyktaturze połączył się z walkami sunnitów z alawitami, które podsyciły szyicko-sunnicki konflikt trwający w całym regionie, gdzie po jednej ze stron opowiedziały się Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska oraz państwa sunnickie, a po drugiej irańscy, iraccy i libańscy szyici. Dodatkowo pomiędzy państwami Zachodu a Moskwą narasta kolejna zimna wojna, wywołana konfliktem w Libii oraz ostatnimi zajściami na Ukrainie - tłumaczy Patrick Cockburn, wieloletni brytyjski korespondent z Bliskiego Wschodu, swoisty "reporterski weteran" relacjonujący konflikt w Iraku praktycznie od 2003 roku.

Zdaniem Cockburna to, co dzisiaj dzieje się w Syrii i Iraku, to odpowiednik europejskiej wojny trzydziestoletniej. Na pierwszej płaszczyźnie są ci, którzy walczą z karabinem w ręku po obu stronach frontu. Ale za ich plecami tłoczą się miriady graczy, który zwalczają się nawzajem rękami bojowników lub mają tak odmienne interesy, że wolą przeciągać nierozstrzygniętą sytuację w nieskończoność - bo być może czas wzmocni ich pozycję albo przynajmniej osłabi adwersarzy. - Dziś wielu mieszkańców Syrii jest zdania, że rezultat tej wojny zależy od Amerykanów, Rosjan, Saudyjczyków oraz Irańczyków. I najprawdopodobniej mają rację - kwituje Cockburn.

Gracze

Zacznijmy zatem od skali mikro. Syryjskie fronty tej wojny można by rozdzielić między pięciu głównych aktorów. Pierwszym jest okopany dziś mocno na ostatniej linii obrony reżim Baszara al-Asada (gracz nr 1) - funkcjonująca od niemal półwiecza świecka, niegdyś sympatyzująca z blokiem wschodnim, dyktatura. Opiera się na wspomnianych wyżej alawitach - sekcie, której najbliżej do szyizmu, ale która obrosła przez lata sympatykami i współpracownikami innych mniejszości religijnych z Syrii, od chrześcijan po jazydów. Drugim jest Wolna Armia Syrii (gracz nr 2): świecka - jak się wydaje - opozycja, która chwyciła za broń, gdy reżim Asada zaczął pacyfikować demonstracje podczas Arabskiej Wiosny. Tyle że ta zbieranina dezerterów z rządowej armii, ochotników z dużych miast, dawnych dysydentów, choć cieszy się pewnym poparciem Zachodu, nie ma klarownych liderów, i do niedawna słabła z miesiąca na miesiąc.

Na fali wznoszącej jest dwóch kolejnych aktorów: Front An Nusra (gracz nr 3) i Państwo Islamskie (gracz nr 4). Trzeci w naszej wyliczance Front An Nusra jeszcze dwa-trzy lata temu uchodził za siłę, która w błyskawicznym tempie podporządkowywała sobie kolejne terytoria w Syrii. Początkowo współdziałał z Wolną Armią Syrii, potem zaczął walczyć na własną rękę i prowadzić własną politykę, wszczynając walkę również ze swoimi niedawnymi świeckimi sprzymierzeńcami. Było to o tyle proste, że ludzie Frontu uchodzili za najlepiej wyszkolonych w Syrii: w większości byli to weterani z innych niestabilnych państw Bliskiego i Środkowego Wschodu czy Maghrebu. Nie ukrywali, że w większości mają za sobą doświadczenie dżihadu, nie ukrywali sympatii do Al-Kaidy.

Można powiedzieć, że po prawej wyrósł im jednak konkurent: Państwo Islamskie. Już twórca pierwszych form tej organizacji, Abu Musab Al Zarkawi, miał ambicję, by wyemancypować się w ruchu dżihadystowskim. Ale w tamtych czasach to marka "Al-Kaida" gwarantowała sukces medialny, dostęp do sponsorów i strumień potencjalnych rekrutów. Dlatego dzisiejsze Państwo Islamskie startowało jako Al-Kaida w Iraku, a dopiero po prawie dekadzie się "przebrandowiło". Z początku bojownicy ISIS walczyli w szeregach Frontu An Nusra, potem razem z Frontem w odrębnej formacji, w końcu skoczyli Frontowi do oczu. Dziś obie dżihadystowskie grupy przeważnie darzą się demonstracyjną obojętnością, która lokalnie może się przerodzić w strzelaninę.

Na koniec gracz piąty: Kurdowie (gracz nr 5). Tu sprawa jest - pozornie - najprostsza. "Największy naród bez państwa", jak zwykli go określać publicyści: 30 milionów ludzi rozsianych po Turcji, Iranie, Iraku i Syrii. Połowa z nich mieszka w Turcji, która jeszcze dekadę temu nie pozwalała mówić publicznie po kurdyjsku, a jej wojskowi wymaszerowali z amerykańskiej odprawy na widok mapy z napisem "Kurdistan". W Iraku Kurdowie od pierwszej wojny w Zatoce zbudowali formalnie autonomiczne, praktycznie niezależne, parapaństwo. Na jego granice napiera dziś Państwo Islamskie i tam toczą się walki, w których po obu stronach biorą udział ochotnicy z Europy. Tam, gdzie Kurdów było najmniej - w Iranie i Syrii - jak się wydaje, zaakceptowali oni swój mniejszościowy status.

Aktorzy

Te podziały idealnie wpasowały się w koncepcję pełzającej wojny religijnej, jaka trwa na Bliskim Wschodzie, odwołującej się do konfliktu dwóch najważniejszych wyznań islamu - szyitów i sunnitów. Gracz 1 - reżim Asada - przez ostatnie cztery lata mógł liczyć na poparcie szyickiego Iranu, zarówno ze względów politycznych - przez ostatnie ćwierć wieku oba państwa były konsekwentnie izolowane przez Zachód, jak i religijnych - alawitom najbliżej do szyizmu. Ostatnie kilkanaście lat to ofensywa Irańczyków na wszystkich frontach: Amerykanie obalili wrogo nastawionych do Iranu talibów w Afganistanie, a potem reżim Saddama Husajna w Iraku, gdzie władzę przechwycili miejscowi szyci (65-procentowa większość nad Tygrysem i Eufratem). W Libanie szyicki Hezbollah stał się kluczową siłą rozgrywającą lokalną politykę. W Bahrajnie szyicka większość niemalże obaliła podczas Arabskiej Wiosny lokalną monarchię - uchroniła ją dopiero saudyjska interwencja zbrojna. Wiatr w żagle poczuły szyickie mniejszości w Arabii Saudyjskiej, Jemenie, w Azji Środkowej.

Nic więc dziwnego, że Iran nie chce odpuścić Syrii - sąsiada, który gwarantował na południu bezpieczne granice i od czasu do czasu współpracował przy budowaniu przez Teheran pozycji regionalnego mocarstwa. Uratowany przy perskiej pomocy gracz nr 1 byłby jeszcze bardziej uzależniony i lojalny wobec Teheranu, jego upadek zaś to gwarancja agresywnego sunnickiego sąsiedztwa. Irańczycy rzucili więc na pomoc Asadowi to, co mogli, bez zbytniego wzburzenia wody w bliskowschodnim stawie: po stronie reżimu walczą prawdopodobnie irańscy pazdarzy (Korpus Strażników Rewolucji, formacja uważana za stosunkowo elitarną) i zaprawione w bojach z Izraelem oddziały Hezbollahu. Być może to za ich sprawą reżim okopał się na pozycjach w zachodniej Syrii i w ostatnim czasie był w stanie obronić stan posiadania.

Wiadomo, na kogo stawia Teheran. Wiadomo więc, kogo obstawią adwersarze Teheranu - przede wszystkim Arabia Saudyjska i pozostałe arabskie (i sunnickie) kraje Zatoki Perskiej. Do wyboru byli gracze 2, 3 i 4: Wolna Armia Syrii jednak odpadała - raz, że w czasie jej największych sukcesów państwa Zatoki borykały się z własnymi kłopotami; dwa, że to ugrupowanie składało się z ludzi, których Saudyjczycy czy Katarczycy ani znali, ani lubili.

Padło na Front An Nusra i pokrewne formacje, dziś rozbite lub wchłonięte przez Front lub ISIS. W Rijadzie, Dosze czy Dubaju zawsze patrzono na radykałów z pobłażliwością. Nie robili nic, czego nie zalecaliby np. saudyjscy duchowni wahabiccy, a poza tym - dzięki przymykaniu oka na prywatne wsparcie od niektórych wysoko postawionych członków domów królewskich lub bogatych biznesmenów, trzymali swoje konflikty z dala od świętej ziemi islamu. Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie były jedynymi (poza Pakistanem) krajami, które uznały reżim talibów. Al-Kaida cieszyła się na Półwyspie relatywną swobodą, przynajmniej póki nie spróbowała organizować tam zamachów. Front An Nusra to byli ludzie znani, gwarancja spokoju na własnym podwórku, a że radykałowie...?

Tyle że Front okazał się po prostu mało efektywny. Przynajmniej w porównaniu do Państwa Islamskiego, gracza nr 4, które w ciągu właściwie kilku miesięcy stworzyło w Iraku i Syrii swój kalifat. - Takie rzeczy nie dzieją się spontanicznie - skwitował rok temu emerytowany szef brytyjskiego wywiadu MI6, Richard Dearlove. Według niego Saudyjczycy, Katar i emiraty ponownie przymknęły oko, gdy sponsorzy z Półwyspu Arabskiego przerzucili swoją sympatię - i fundusze - na ISIS. Co więcej, Dearlove oferuje też lapidarną odpowiedź na pytanie, dlaczego tak się dzieje. - Richard, miliard sunnitów ma już dosyć tych całych szyitów - miał mu powiedzieć swego czasu saudyjski książę Bandar bin Sultan.

Drugi plan

Regionalną układankę uzupełniają cztery kraje: Izrael, Liban, Jordania i Turcja. Pierwszy cieszy się zadziwiającym spokojem na swojej granicy. Izraelczycy jak dotąd nie mieszają się do syryjskiego konfliktu, wychodząc zapewne z założenia, że im bardziej wróg jest zajęty sobą, tym lepiej. Kalifat też najwyraźniej stara się ich nie prowokować. Liban z kolei - niegdyś po prostu część Syrii - ogranicza się do przyjmowania uchodźców, często powiązanych zresztą więzami pokrewieństwa. Rozdający tam karty Hezbollah zaangażował się po stronie Asada, ale nie naciska, by uczynić z tego politykę państwa. W tę stronę popycha Libańczyków raczej Państwo Islamskie, które w odwecie za zaangażowanie Hezbollahu organizuje w Libanie zamachy terrorystyczne. Swojego gracza nie ma też w Syrii Jordania, ostatnia chyba oaza względnego spokoju na Bliskim Wschodzie. Król Abdullah II - postać skądinąd bardzo barwna, z epizodem aktorskim w "Star Treku" - jest wiernym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, a co za tym idzie, przyjął być może już nawet milion uchodźców z Syrii i Iraku i od początku rzucił swoje lotnictwo do akcji przeciw kalifatowi.

Pozostaje jeszcze Turcja. Do niedawna Ankarze los Syrii był obojętny - wyjąwszy może falę uciekinierów spod rządów radykałów, którymi trzeba się było zająć u granic. Największym zmartwieniem Turków byli Kurdowie, gracz nr 5. Po latach wojny z kurdyjskim podziemiem na własnym terenie dla Turków priorytetem jest utrzymanie pod kontrolą własnej, 15-milionowej społeczności kurdyjskiej. Jeszcze kilka lat temu Ankara świetnie się dogadywała z Asadem - Turcję i Syrię łączył wspólny cel: nie pozwolić, by lokalne kurdyjskie społeczności spróbowały odrywać swoje terytoria i przyłączać się do autonomicznego Kurdystanu w Iraku. Potem Turcy z obojętnością przyglądali się bałaganowi w Syrii, z pewnym zadowoleniem przyjęli też szturm ISIS na iracki Kurdystan. W obronę parapaństwa kurdyjskiego wciągnięte zostały m.in. oddziały PKK, nawiązującej do marksizmu partyzantki tureckich Kurdów. Innymi słowy, jeden wróg wykańczał drugiego. Dlatego też, gdy pod presją Zachodu Turcja wreszcie włączyła się do działań militarnych w Syrii, jej lotnictwo na początek zbombardowało pozycje… kurdyjskie.

Intryga

W tych szachach symultanicznych gracze nr 1, 3 i 4 mają więc zaplecze pod postacią mniej lub bardziej sympatyzujących z nimi państw albo przynajmniej wpływowych zwolenników w tych państwach. Wsparcie państw dla graczy nr 2 i 5 - świeckiej opozycji oraz Kurdów - jest śladowe. Ci pierwsi przez kilka lat cieszyli się "moralnym poparciem" Zachodu, plus dostawami zachodniej broni i możliwością korzystania z jordańskiej infrastruktury szkoleniowej. Tyle że zawiedli: chaos kompetencyjny i seria porażek przy próbach zdobycia miasta Dara doprowadziły do tego, że Zachód praktycznie odciął im finansowanie i wsparcie. Tym drugim może i dałoby się pomóc, gdyby nie fakt, że oficjalne i nieoficjalnie zabiegi Turcji uniemożliwiają jej partnerom jakiekolwiek formalne zaangażowanie. A nikt nie będzie rozbijał NATO dla "sprawy kurdyjskiej". Zresztą Kurdom zależy na obronie własnego terytorium i własnych wiosek, mrzonką jest nadzieja, że ich ewentualny sukces militarny przerodziłby się w jakąś ofensywę, która położyłaby kres kalifatowi.

I wtedy wchodzi Rosja...

Jakby tego bałaganu było mało, dochodzi trzecia płaszczyzna, o której wspomniał Cockburn: nowa odsłona zimnej wojny. Jednoznaczne wejście do gry Rosji - po stronie gracza nr 1 - to dla Zachodu wyzwanie, a być może koło ratunkowe. Zależy, jak to potraktować: eksperci dzielą się na tych, którzy uważają działania Moskwy za prowokację w zimnowojennym stylu i "nowy Afganistan". Inni z kolei są zdania, że rosyjska interwencja - gdyby skończyła się sukcesem - pozwoli (zapewne za cenę zniesienia sankcji i potwierdzenia status quo na Krymie) wycofać się po cichu z syryjskiego kotła.

Pozostałe możliwości wydają się być wyczerpane. Trudno oczekiwać, by zachodni politycy po latach odwołali wszystkie przekleństwa, jakie ciskali na głowę gracza nr 1. Gracz nr 2 to strata czasu. Gracze 3 i 4 z oczywistych powodów nie wchodzą w rachubę. Skuteczność gracza 5 jest ograniczona - politycznie i geograficznie. Pozostają naloty na pozycje ISIS, bardziej dowód bezradności niż realne zagrożenie. Komu miałyby one pomóc, komu utorować drogę do skutecznego zwalczania kalifatu - na to pytanie nikt nawet nie próbuje odpowiadać.

Wreszcie kluczowy element w dyskusji o zapleczu: gracze 1, 2, 3 i 5 są z reguły silnie zakorzenieni w lokalnym środowisku. Nic dziwnego, że reżim okopał się na zachodnich rubieżach dawnego państwa, a świecka opozycja podgryza go również na zachodzie kraju. To od stuleci były najbardziej wymieszane etnicznie i religijnie ziemie w Syrii. Nic dziwnego, że Kurdowie ufortyfikowali się na północnym wschodzie i w północnej enklawie wokół słynnego miasta Kobane. To ich odwieczne ziemie. Na swoim terenie gracze mogą trwać bez końca, a przynajmniej - do zmasowanej, brutalnej ofensywy, do której w obecnej chwili nikt nie jest zdolny.

Gracz 4 - Państwo Islamskie - nie jest u siebie. Dlatego bez wahania pozbywa się starych elit, zastępując je własnymi kadrami, albo próbując rekrutować miejscowych. Po latach wojny kilkusetdolarowy żołd to dla nich wielka pokusa. Kto nie chce pójść na służbę kalifatu, ucieka. Dyskretni sponsorzy z Zatoki Perskiej sami się do walki nie palą, ale chętnie finansują zabiegi o pozyskanie mięsa armatniego z innych krajów Bliskiego Wschodu czy z Europy. A rekrutów zachęcają przykłady skuteczności i bezwzględności Państwa Islamskiego. I w ten sposób z syryjskiej Rakki doszliśmy do Paryża.