Jeszcze niedawno mało kto z ludzi poważnych o tym myślał. Jednak dziś od początku iluzoryczny dogmat wieczności projektu Unii Europejskiej został poważnie zakwestionowany. W mijającym roku zawrotną karierę zrobiło określenie Grexit, czyli wyjście Grecji z UE (bądź strefy euro) spowodowane kryzysem finansowym. W nadchodzącym roku zapewne równie często będziemy odmieniać podobnie brzmiący Brexit (wkrótce na Wyspach Brytyjskich ma się odbyć referendum z pytaniem o to, czy wyspiarze chcą pozostać w Unii). W międzyczasie w niektórych krajach czasowo zawieszone zostały zasady swobodnego przepływu osób, a na kolejnych unijnych granicach wyrastają płoty. We Francji od tygodni trwa stan wyjątkowy spowodowany atakiem terrorystów islamskich w Paryżu, a duże szanse na wygraną w nadchodzących wyborach prezydenckich ma Marine Le Pen. Ta polityk wprost mówi, że wyprowadzi Francję z Unii. W świetle tych wydarzeń nawet najwięksi optymiści powinni zacząć rozważać, co może się zdarzyć po rozpadzie UE. Bo choć na razie wydaje się to stosunkowo odległe w czasie, to na pewno jest możliwe.

Pierwszą i od razu rzucającą się w oczy konsekwencją rozpadu, którą moglibyśmy zaobserwować, byłby powrót granic, jakie znaliśmy przed laty. Być może nie pomiędzy wszystkimi krajami. Ale na pewno część z nich by powróciła. Poza tym, że paszporty znów stałyby się bardziej popularne, to prawdopodobnie dosyć szybko pojawiłyby się cła. Zapewne zaczęłoby się od jakiejś drobnostki, symbolicznego podniesienia opłat na produkty sąsiada, które akurat konkurują z naszymi. Mógłby to być jakiś ser, wino czy części samochodowe. Ale to uruchomiłoby lawinę, która skończyłaby się powrotem do rynków krajowych i zniknięciem wspólnego rynku unijnego. Jeśli zabita zostanie Unia, to nieboszczykiem stanie się również euro. Według wielu głównym beneficjentem europejskiej waluty są Niemcy. Mniejsze i słabsze gospodarczo kraje tracą z kolei na silnej walucie i nie mają ważnego instrumentu, jakim jest możliwość samodzielnego (i tak ograniczonego) wpływania na kurs własnej waluty. Tak więc zapewne w krótkim czasie znów płacilibyśmy frankami, guldenami czy pesetami. Ciekawym problemem stałby się status cudzoziemców pracujących w krajach „eks-UE”, np. olbrzymich społeczności polonijnych w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Wątpliwe, by ci ludzie z dnia na dzień stracili możliwość legalnego przebywania w tych krajach. Ale na pewno ich sytuacja mocno by się skomplikowała. Podobnie zresztą jak np. urzędników unijnych, którzy przyzwyczajeni do tego, że mają się jak pączki w maśle (długie urlopy, płatne kursy językowe, wysoka emerytura), musieliby się odnaleźć na narodowych rynkach pracy.

Od morza do morza

Jak wiadomo, życie nie znosi próżni, tak więc po rozpadzie ogólnoeuropejskiej struktury zapewne pojawiłyby się regionalne sojusze polityczne. Ich siła oddziaływania byłaby mniejsza od dzisiejszej UE, ale miałyby szansę w większym stopniu brać pod uwagę interesy ich poszczególnych członków. I teoretycznie łatwiejsze łatwiejsze byłoby wypracowanie wspólnego stanowiska. Patrząc na Polskę i już teraz obecne sygnały nowego rządu dotyczące jedności Europy Środkowo-Wschodniej (m.in. wspólna deklaracja przywódców tych krajów w Bukareszcie dotycząca potrzeby zwiększenia obecności NATO na wschodniej flance), można się spodziewać pojawienia nowego sojuszu od morza do morza (od Bałtyckiego do Czarnego). Miałby on ustanowić poważnego politycznego gracza między Rosją a Niemcami. Pomysł budowy tzw. intermarum (w ramach UE) już teraz ma swoich przeciwników. – Idea, by zbudować taki sojusz z jądrem obejmującym państwa Grupy Wyszehradzkiej, ale z silnymi więzami z państwami bałtyckimi, Rumunią, Bułgarią i Ukrainą, jest kusząca. (...) Ale w praktyce nie może zadziałać i jest kontrproduktywna – pisze związany z tygodnikiem „The Economist” Edward Lucas. – Państwa intermarum są zbyt podzielone, by zbudować wspólny front – wyjaśnia dziennikarz w analizie dla Center for European Policy Analysis i dodaje, że Węgry mają zbyt silne relacje z Putinem, Czechy i Słowacja także nie chcą konfrontacji z Rosją, a Bułgaria jest nieprzewidywalna. Tak więc problemem (dla Polski) jest to, że ma zbyt mało regionalnych sojuszników. Być może w obliczu zniknięcia „wielkiego brata” z Brukseli kraje regionu silniej zwrócą uwagę na geograficzne położenie i implikacje z nim związane (czytaj: bliskość nieprzewidywalnej Rosji).

Inną regionalną unią, która mogłaby powstać, jest sojusz skandynawski. Choć teraz różnice między krajami regionu są znaczne (np. Norwegia nie jest w UE, a jest w NATO, Szwecja odwrotnie), to np. kilka miesięcy temu pojawiły się głosy, że w Sztokholmie i Helsinkach poważnie rozważa się przystąpienie do NATO. To wszystko związane jest z pohukiwaniem niedźwiedzia na Wschodzie. Sojusz Danii, Norwegii, Szwecji, Finlandii i ewentualnie bardziej odległej Islandii oparty na wspólnej kulturze i podobnym modelu życia mógłby złagodzić nieco reperkusje ekonomiczne po rozpadzie UE.

Z kolei największa gospodarka UE – Niemcy, straciłaby możliwość bezcłowego eksportu na duże rynki Francji, Włoch czy Wielkiej Brytanii. W swoich analizach dotyczących najbliższych 10 lat ośrodek Stratfor wspomina o Niemcach tak: – To czwarta największa gospodarka świata, ale osiągnęła swój status, bazując na eksporcie. Eksport wiąże się z jedną immanentną słabością: zależy od chęci i możliwości kupowania przez potencjalnych klientów. Innymi słowy, niemiecka gospodarka jest zakładnikiem dobrego i konkurencyjnego otoczenia, w którym działa – piszą specjaliści z założonego przez George’a Friedmana think tanku. W przypadku dalszego pogarszania się sytuacji gospodarczej w UE, tym bardziej jej rozpadu, nasz zachodni sąsiad może stanąć w obliczu bardzo poważnego kryzysu gospodarczego. Wtedy tym bardziej może się skierować w stronę, w którą teraz zerka tylko ukradkiem, ale nie chce się do tego przyznać – Rosji. Takie projekty jak Nord Stream 2 zapewne będą pączkować, co dla Polski będzie stanowić bardzo poważne i realne zagrożenie.

W tym scenariuszu Wielka Brytania i Francja powracają do swojej roli „tradycyjnych” mocarstw (w końcu mają miejsca stałe w Radzie Bezpieczeństwa ONZ), a ta rola jest podbudowana znaczną przewagą militarną nad wszystkimi sąsiadami. Ciekawie może być w Belgii – z jednej strony rozpad UE byłby bardzo silnym ciosem dla Brukseli jako miasta, gdy nagle zniknęłyby dziesiątki tysięcy dobrze płatnych posad i z dnia na dzień wyprowadziła się duża grupa majętnych osób. Z drugiej, radykalnie rosnący w siłę muzułmanie w podzielonym na Walonię i Flandrię kraju i wobec braku silnego rządu mogliby mieć bardzo dużo do powiedzenia. Z kolei kraje południa Europy pozostawione same sobie mogłyby zacząć problem imigracji rozwiązywać znacznie bardziej radykalnie niż dotychczas, a marynarki wojenne tych państw faktycznie rozpocząć wojnę z przemytnikami.

Czas wielkich aglomeracji

Zupełnie inny scenariusz przyszłości kreśli prof. Jan Zielonka z Uniwersytetu Oskfordzkiego. Jak pisaliśmy na portalu Forsal.pl, w swojej książce „Koniec Unii Europejskiej?” naukowiec twierdzi, że „porządkiem, który miałby zastąpić obecny, jest nowy mediewializm, czyli nawiązujący do średniowiecza system wielu pozapaństwowych aktorów i nakładających się na siebie lojalności. W nowym modelu, wzorem średniowiecznej Europy, rozmaite organy władzy nakładają się na siebie, suwerenność ulega przez to podziałowi, a ściśle określone granice – charakterystyczne dla modelu westfalskiego – stają się nieostre i bardziej otwarte. Do kogo należałaby władza? Państwa w neośredniowiecznym modelu nie znikają, ale ulegają dalszym przekształceniom i są zmuszone podzielić się władzą z innymi podmiotami, m.in. z organizacjami czy też jednostkami terytorialnymi zarówno niższego (regiony, miasta), jak i wyższego szczebla (organizacje ponadnarodowe). Szczególną rolę w nowym systemie miałyby odgrywać wielkie aglomeracje i „miasta globalne” – tłumaczy profesor. Wydaje się, że jest to wizja kusząca, ale mniej realna – ponieważ nastroje polityczne w wielu krajach Europy (m.in. we Francji, w Holandii czy Austrii) raczej cechuje wzrost nacjonalizmu i chęć powrotu do silnych państw narodowych. A podmioty polityczno-społeczne, które nie mają silnych jednostek antyterrorystycznych i tym bardziej armii, w dzisiejszych realiach wydają się stać na straconych pozycjach. Za to jeśli ziściłby się ten scenariusz, to cieszyć by się mogły olbrzymie międzynarodowe koncerny, takie jak np. Google. Dziś jednym z niewielu podmiotów, który może ograniczać jego niekontrolowany rozwój, jest Komisja Europejska. Ona siłą rzeczy zniknęłaby. Z drugiej strony np. umowa o wolnym handlu między UE a USA, na której według niektórych specjalistów skorzystają głównie wielkie korporacje, nie weszłaby w życie.

Ile Unii w Unii

Możliwy jest też nie spektakularny rozpad UE, ale jej powolny rozkład. W tym scenariuszu część unijnych zdobyczy by się ostała, część nie. Na pierwszy ogień poszłoby rozmontowanie strefy Schengen, prawdziwa walka rozegrałaby się o wspólny rynek, czyli przepływ towarów, usług i ludzi. Na jego zniesieniu w różnym stopniu straciliby wszyscy. Takie funkcje fasadowe, jakie dziś sprawuje np. Federica Mogherini, czyli wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, zniknęłyby bezpowrotnie. Rozwodnienie Unii spowodowałoby także to, że straciłaby ona tzw. soft power, czyli zdolność przyciągania kulturowego i „miękkiego” wpływania na otoczenie. Turcja porzuciłaby iluzoryczne nadzieje na członkostwo w UE. Problemem stałyby się Bałkany. Ten niestabilny region podlany sosem islamskiego ekstremizmu znów mógłby spełnić rolę miękkiego podbrzusza Europy.

W żadnym z tych scenariuszy nie pojawia się słowo „wojna”. Warto jednak mieć z tyłu głowy, że zapewne największą wartością UE są nie środki finansowe, dzięki którym budujemy autostrady, ale to, że w Europie Zachodniej od 70 lat nie było konfliktu zbrojnego między państwami członkami UE. Były liczne ataki terrorystów, niesnaski czy w latach 90. rzeź na Bałkanach. Ale państwa członkowskie między sobą nie walczyły. Mając to na uwadze, zanim rozmontujemy Unię, warto mieć pomysł na to, co dalej.