Wojskowe konwoje na drogach, jednostki desantowe na plażach, generalna mobilizacja w koszarach - mieszkańcy południowych stanów USA ostatniego lata byli pewni: Waszyngton zaplanował przejęcie władzy na Południu. Zapowiedziane wiosną ośmiotygodniowe manewry amerykańskiej armii o mało spektakularnym kryptonimie Jade Helm 15 były słabo zamaskowaną przykrywką dla całej operacji.

Wystarczył zresztą rzut oka na opublikowaną zawczasu przez Pentagon mapę Południa, na której stany zostały podzielone na cztery kategorie: dwa określono jako "wrogie" (Teksas, Utah i południowy skrawek Kalifornii), jeden był niepewny, z przewagą "wrogości" (Nowy Meksyk), w kolejnym niepewnym przeważali "ulegli", dwa stany zakwalifikowano jako "uległe".

Sytuacja była jasna: jeśli nawet rząd federalny nie chce przejąć bezpośredniej władzy na Południu już tego lata, to jest to "psychologiczna operacja zmierzająca do tego, by ludzie przyzwyczaili się do widoku sił wojskowych na ulicach". Potem nie zauważą, kiedy inwazja stanie się faktem. Inne popularne wyjaśnienie obecności wojskowych zakładało, że Jade Helm 15 to "międzynarodowa operacja zmierzająca do odebrania ludziom broni" (będącej, jak wiadomo, podstawowym prawem człowieka). Zamknięcie niektórych Walmartów w okolicy przyjęto ze zrozumieniem: armia musi mieć dyskretne miejsca, w których będzie składować broń przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego. Co bardziej uważnym obserwatorom nie umknęło, że angielskie słowo "jade" oznacza "nefryt" - w powszechnym odbiorze kamień symbolizujący Chiny. No cóż, nie pierwszy raz przekonalibyśmy się, że Chiny rządzą światem.

Manewry skończyły się, jak zapowiadano: po ośmiu tygodniach, w połowie września. Ich planowe zakończenie budzi jeszcze większe wątpliwości. Czyżby rząd federalny próbował uśpić czujność obywateli, nie przeprowadzając inwazji na Południe?

Ten przykład pokazuje, że dobrej teorii spiskowej nic nie jest w stanie zaszkodzić. Choć zdarzają się mąciciele.

ZAUFAJCIE MI

Można uznać, że największą kłodę pod nogi poszukiwaczy prawdy o Trójkącie Bermudzkim rzucił niejaki Larry Kusche, autor wydanej w 1975 roku książki "Zagadka Trójkąta Bermudzkiego - rozwiązana". Kusche - ponad cztery dekady temu! - prześledził losy zaginionych w tej części świata jednostek powietrznych i morskich, by ostatecznie dojść do wniosku, że olbrzymia większość z nich zniknęła daleko poza obszarem Trójkąta, a te nieliczne, które rzeczywiście wypłynęły w te okolice, ginęły w okolicznościach takich, jak silne burze. Ba, Kusche miał odkopać w wojskowych archiwach akta oficera dowodzącego lotem ćwiczebnym w 1945 roku (pierwszy przypadek zaginięcia), z których wynikało, że oficer ten dwukrotnie już gubił się w czasie misji i musiał wodować.

Na szczęście, wiemy, kto wywołał te burze i wiemy, że piloci nie popełniają błędów. Przez czterdzieści lat od wydania pracy Kusche’go ludzie myślący zdroworozsądkowo sięgają do właściwych źródeł, m.in. magazynów publikujących historie detektywistyczne i opowiadania z miękką erotyką, by odnaleźć tam Prawdę (nie mylić z prawdą).

Niewątpliwie, Prawda towarzyszy ludzkości od jej zarania, jednak w ostatnich wiekach powoli zaczęła wychodzić na jaw. Jak wiadomo, Szekspir nie napisał swoich dramatów, a Mozart został otruty przez zazdrosnego Salieriego. Kubą Rozpruwaczem był ktoś wysoko postawiony na królewskim dworze w Londynie, a Żydzi zbierali się nocami na cmentarzach, by rządzić światem - jak to podkreślono w "Protokołach mędrców Syjonu".

Świat poszedł do przodu i dziś rządzące nim kliki spotykają się w nieco bardziej komfortowych warunkach: weźmy Grupę Bilderberg, Klub Rzymski, czy nieco mniejsze ekspozytury Nowego Światowego Porządku: amerykański think-tank Council On Foreign Relations czy londyński Royal Institute of International Affairs.

Prawda zmienia się w zależności od czasów i realiów, ale wywleczona na wierzch - zawsze jest atrakcyjna. W latach 30. sięgali po nią nie tylko naziści i komuniści, ale np. hiszpańscy frankiści, którzy zaprezentowali światu dokumenty, świadczące o próbie zawłaszczenia władzy w Hiszpanii przez tamtejszych komunistów - czemu zapobiegł ostatecznie przewrót Franco (po latach wiarygodność dokumentów próbował podważać amerykański historyk Herbert Southworth, ale z mizernym skutkiem – jak twierdził, ze względu na europejską niechęć do Amerykanów). Za Atlantykiem powiązani z rozmaitymi siłami (od Kubańczyków i Rosjan po przemysł zbrojeniowy) zamachowcy zastrzelili JFK. Na Bliskim Wschodzie można usłyszeć, że Izrael został stworzony wyłącznie po to, by Zachód pozbył się Żydów. To generalna teoria, z której można wywieść również szereg wytłumaczeń dla poszczególnych wydarzeń: np. za przewrotem Muamara Kadafiego w Libii stoi CIA (bo jak inaczej uzasadnić, że kompletnie nieznany 27-letni kapitan przejmuje władzę w kraju będącym naftową potęgą?). W Afryce przez zimnowojenne półwiecze większość zmian politycznych tłumaczono automatycznie „imperialistycznymi” albo „komunistycznymi” spiskami. Gdy kilka lat temu na jednym z chińskich portali społecznościowych pojawił się wpis, głoszący, że podczas II wojny światowej Hitler potajemnie sprzyjał Chińczykom (mimo sojuszu z japońskimi okupantami), pojawiło się pod nim 40 tysięcy komentarzy. Z ich analizy wynikało, że 38,8 proc. komentujących wierzyło, że Führer wychowywał się pod opieką chińskiego kupca z Wiednia; 7,1 proc. wierzyło, że sprzyjał Chinom; 4,6 proc. uznało go za bohatera; 9,1 proc. wyraziło nadzieję, że Państwu Środka przytrafi się jeszcze taki przywódca. To jeszcze wspomnijmy, że Barack Obama jest muzułmaninem, prawdopodobnie o radykalnych poglądach, który skrycie sprzyja Państwu Islamskiemu…

A skoro już przy Państwie Islamskim jesteśmy: dla nikogo na Bliskim Wschodzie nie jest tajemnicą, że kalifat jest dziełem Amerykanów. Olbrzymia większość liderów ISIS to byli więźniowie Camp Bucca – i nie ma wątpliwości, że spotkali się tam nie przypadkiem. Tym bardziej, że nawet amerykańscy dziennikarze i analitycy przyznają, że najprawdopodobniej dżihadyści wpadający w ręce Amerykanów w regionie starali się, by trafić właśnie do Camp Bucca. Cel działania Amerykanów nie jest jasny, ale to mogła być przysługa dla Irańczyków, Saudyjczyków albo syryjskiego reżimu Baszara al-Asada: pierwsi chcieli stworzyć sunnickiego wroga, a gdy ten urośnie w siłę – obalić go i przejąć sunnickie ziemie, by podporządkować je szyitom. Drudzy mogli zmierzyć do czystki etnicznej – pozbycia się szyitów z Syrii i Iraku, i stworzenia tam nowego, czysto sunnickiego państwa. Al-Asad potrzebuje ISIS, by pokazać światu, że walczy z terroryzmem, wykosić świecką opozycję i utrzymać władzę.

Święty Graal, Jordan hazardzista

Polityka to dla poszukiwaczy Prawdy łakomy kąsek, ale nie ma chyba takiej dziedziny życia, w której nie próbowano by Prawdy ukryć.

Niewątpliwie, jednym z obszarów, w którym ludzkość doszukuje się Prawd, są badania naukowe. Od lat wiadomo bowiem, że wirus HIV i wywoływane przez niego AIDS są dziełem człowieka, najpewniej naukowców z wojskowych laboratoriów (nieco już dzisiaj zapomniano o innej wersji wyjaśnienia: że jest to bicz boży na homoseksualistów). Podobnie jak ostatnio Ebola, HIV został wynaleziony, by kontrolować populację świata. Trudno dokładnie ocenić, jacy spiskowcy doprowadzili do powszechnego użycia szczepionek, za to nie ulega żadnej wątpliwości, że mają one wyniszczyć – lub doprowadzić do podporządkowania – ludzkość. Multum Prawd da się też znaleźć w dziedzinie badań nad klimatem, tu Prawda może się różnić w zależności od tego, który koncern sponsoruje badania.

Naturalnym obszarem pozwalającym odnaleźć Prawdę są religie. Oczywiste jest, że badania Karola Darwina zostały w całości spreparowane, zapewne przez protoplastów Nowego Światowego Porządku – by religii pozbyć się w ogóle. Sytuacja staje się bardziej skomplikowana, gdy zacząć przyglądać się samej religii. W pracy "Ceasar’s Messiah. The Roman Conspiracy To Invent Jesus" Joseph Atwill przekonuje, że Jezusa Chrystusa "wymyślili" Rzymianie, żeby wpoić Żydom przekonanie o konieczności "nadstawiania drugiego policzka". Od tego momentu liczba spisków towarzyszących chrześcijaństwu rosła w postępie geometrycznym: badacz z Uniwersytetu Oxford, C. E. Hill przeanalizował choćby szereg spisków towarzyszących doborowi Ewangelii, które złożyły się na nowotestamentowy kanon. Michael Baigent, Richard Leigh i Henry Lincoln w bestsellerze, który doczekał się – również w Polsce – kilku wznowień, "Święty Graal, święta krew", udowadniają, że Jezus nie tylko przeżył Golgotę, ale też w towarzystwie Magdaleny (oczywiście, w charakterze małżonki) udał się do Europy, gdzie zapoczątkował jedną z pierwszych francuskich dynastii królewskich. Jego potomków po dziś dzień strzeże organizacja Zakon Syjonu. Tym tropem podążają dziś zarówno twórcy popkultury (autorzy "Świętego Graala…" musieli wytoczyć proces Danowi Brownowi za "Kod da Vinci", bowiem pisarz pożyczył sobie od nich kilka istotnych Prawd), jak i inni badacze – np. zmarły kilka lat temu Laurence Gardner, który w niemal dziesięciu książkach udowadniał relacje między potomkami Chrystusa, a rodami królewskimi z Wielkiej Brytanii. Nie pomijajmy tu również współczesnej polityki – amerykański specjalista od odczytywania biblijnych proroctw, Mark Hitchcock, w pracy "The Apocalypse of Ahmadinejad" dowodzi, że ówczesny prezydent Iranu chciał wywołać wojnę nuklearną, która przyspieszyłaby powrót na ziemię Mahdiego, wyczekiwanego "muzułmańskiego Mesjasza". Teoretycznie do Armageddonu nie doszło, więc trudno się dziwić, że ostatnio były już prezydent Ahmadinejad wyraził chęć ponownego kandydowania.

Niecnym knowaniom nie oprze się nawet dziedzina tak przywiązana do fair play jak sport. Czy Michael Jordan przechodził na emeryturę (kiedy w latach 90. przeszedł na emeryturę po raz pierwszy) pod presją handlarzy narkotyków, wierzycieli (miał długi hazardowe) czy może układu w NBA? Czy Stella Walsh (Stanisława Walasiewicz), polska złota medalistka olimpijska z lat 30., była mężczyzną? Czy chiński lekkoatleta Liu Xiang – nadzieja rodaków podczas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku – rzeczywiście doznał kontuzji ścięgna Achillesa (zszedł z toru, nawet nie startując)...?

Prawda Facebooka

Do grona sługusów Nowego Światowego Porządku dołączyli niedawno naukowcy z włoskich uczelni oraz amerykańskiego Boston University. W opublikowanym w styczniu, na łamach pisma "Proceedings of the National Academy od Sciences", artykule próbują oni skompromitować Prawdę, tropiąc kanały rozpowszechniania się jej poprzez portale społecznościowe – na przykładzie Facebooka.

Tytuł mówi już sam za siebie: "The Spreading of Misinformation Online" (Rozpowszechnianie dezinformacji online). Autorzy tego studium analizowali około 67 profili na FB, z tego połowa były to strony prowadzone przez zwolenników Prawdy (tej czy innej). Po pięciu latach obserwacji (żywy dowód na inwigilację w sieci) włosko-amerykański zespół potrafił już scharakteryzować mechanizm rozpowszechniania się Prawdy w internecie. Składa się on z trzech faz – w pierwszej na profilu osoby lub społeczności pojawia się post zawierający nową informację; druga faza to pierwsze dwie godziny po pojawieniu się takiego wpisu, kiedy to pierwsza grupa użytkowników "lajkuje" lub dzieli się Prawdą ze swoimi znajomymi – reakcja ta powtarza się ponownie po około dwudziestu godzinach od pojawienia się nowej Prawdy (być może to czas potrzebny na refleksję); wreszcie trzecia faza rozpisana na kilka tygodni: Prawda zatacza coraz szersze kręgi, choć coraz wolniej. Paradoksalnie, próby dementowania lub reagowania na nią przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego – "skoro zaprzeczają, to coś musi być na rzeczy". Autorzy tego oburzającego artykułu twierdzą, że społeczności na Facebooku tworzą coś na kształt "kamer pogłosowych", w których ta sama teoria może "odbijać się" tygodniami.

Cóż, internet przynosi wolność wszystkim i przyspiesza proces objawienia. – Kiedyś trwało miesiącami, zanim powstały teorie dotyczące ataku na Pearl Harbor – ubolewa Viren Swami, profesor psychologii z Anglia Ruskin University. – Dziś sieć wszystko przyspieszyła – dodaje. Cóż, wystarczyło kilka godzin, żeby niektórzy z nas mieli jasność: zamachy w Paryżu były dziełem administracji Francoisa Hollande’a, który wykorzystał sytuację dla wzmocnienia swojej popularności. Gigantyczna eksplozja w chińskim mieście Tianjin kilka miesięcy temu była efektem próby użycia przez Amerykanów nowej broni, a ładunek został wystrzelony z kosmosu. Być może Biały Dom chciał też w ten sposób zabić chińskiego prezydenta. Albo weźmy ostatnie pogróżki Białego Domu, dotyczące ograniczenia dostępu do broni w USA: odkąd 4 stycznia Barack Obama zapowiedział restrykcje w dostępie do broni, karabiny i pistolety sprzedają się jak świeże bułeczki, a notowania np. Smith & Wesson są najwyższe od ośmiu lat. - Próba zaprowadzenia ściślejszej kontroli broni uczyniła prezydenta najlepszym sprzedawcą w historii i sprawiła, że inwestorzy dostrzegają teraz w branży źródło najwyższych zwrotów na kilka najbliższych lat – skwitował serwis "Wall Street Daily".

Ktokolwiek stoi za próbami ukrycia Prawdy – czy to jest to Nowy Światowy Porządek, czy iluminaci – ma jedną paskudną cechę: czasem Prawda okazuje się zwykłą prawdą. Stalin i Roosevelt lekceważyli zapowiedzi niemieckiego i japońskiego ataku w 1941 r. Drugie imię Obamy to Hussein. Irańczycy byli przekonani, że to CIA obaliła rząd Mohammada Mosadeka w 1953 r. – i rzeczywiście było to dzieło Agencji. Na spotkania Grupy Bilderberg rzeczywiście zjeżdżają się najbogatsi i najbardziej wpływowi. Nie miejmy jednak żadnych wątpliwości: pomniejsze konspiracyjne intrygi są ujawniane wyłącznie po to, by ukryć te Prawdziwe Spiski.