W ostatnim tygodniu lutego z amerykańskiego terminalu LNG Sabine Pass w Luizjanie wyruszył pierwszy tankowiec z gazem skroplonym, co oznacza symboliczne wkroczenie USA na ten rynek. Pierwszy statek popłynął do Brazylii, ale najprawdopodobniej w tym roku amerykański gaz trafi również do Europy. Na początek surowiec z USA ma być dostarczany w kontraktach spotowych, ale są już wynegocjowane umowy długoterminowe.

Pierwsza z nich – podpisana przez francuski koncern Engie w październiku ubiegłego roku – przewiduje dostawę 12 ładunków skroplonego gazu ziemnego rocznie. Pierwsze transporty mają trafić do terminalu w Dunkierce w 2018 r. To o tyle ważny kontrakt, że do niedawna panowało przekonanie, iż LNG z USA będzie niekonkurencyjny cenowo wobec dostarczanego rurociągami gazu rosyjskiego z powodu kosztów skroplenia i transportu. Wstępne szacunki mówią jednak, że cena może być porównywalna – gaz w Europie kosztuje nieco ponad 200 dol. za 1000 m sześc. W USA – poniżej 100 dol. Kluczowe są zatem koszty skroplenia i transportu – wstępne szacunki mówią, że podniosą one cenę amerykańskiego gazu do 250 dol. To już nie jest o wiele więcej, a dalszy spadek cen dzięki rewolucji łupkowej też nie jest wykluczony.

Wprawdzie prezes firmy Cheniere, operatora terminali LNG w USA, deklaruje, że nie chce rywalizować o europejski rynek z Rosją, ale analitycy zwracają uwagę, że po pierwsze Europa to dla Amerykanów bardzo perspektywiczny rynek, którego nie mogą sobie odpuścić, po drugie zaś rynki azjatyckie staną się dla USA coraz trudniejsze. Z jednej strony Japonia – największy importer gazu na świecie – zadeklarowała, że zmniejszy swoje gazowe zakupy, z drugiej na gazową potęgę w tamtym regionie wyrasta Australia, która ma ambicje wyprzedzić Katar. Biorąc pod uwagę, że Australia ma jedne z najbogatszych złóż łupkowych, Stany Zjednoczone mogą być wypychane z regionu.

Dlatego według amerykańskich analityków z firmy Wood Mackenzie Ltd. to właśnie Europa jest najlepiej rokującym rynkiem dla eksportu gazu łupkowego z USA. Do 2020 r. sprzedaż na Stary Kontynent może sięgnąć 32 mln ton. Ze strony Europy można mówić o otwarciu. W ostatnim tzw. gazowym pakiecie zimowym KE zapowiedziała zwiększenie roli LNG w zapewnieniu Europie bezpieczeństwa energetycznego. Komisja zwróciła również uwagę, że nasz kontynent dysponuje odpowiednią infrastrukturą do zmniejszenia zależności od rosyjskiego gazu, jednak obecnie przepustowość terminali LNG jest wykorzystywana ledwie w połowie.

Gazprom zdaje sobie sprawę z tego zagrożenia i oprócz forsowania projektu Nord Stream 2 planuje zwiększanie sprzedaży gazu do Europy, nawet za cenę obniżenia ceny i mniejszych zysków. Plany na ten rok – 162,6 mld m sześc. – najwięcej w historii. Przy najniższych od dekady cenach. Na tej ewentualnej wojnie cenowej może również skorzystać Polska, która jest związana kontraktem z Gazpromem do 2022 r.

O amerykańskim gazie myśli PGNiG. Prezes gazowego koncernu Piotr Woźniak zapowiadał, że w ciągu pół roku zapadnie decyzja, czy głównym źródłem dywersyfikacji dostaw gazu dla spółki będzie planowany gazociąg norweski, czy właśnie dostawy LNG przez gazoport w Świnoujściu. – Jesteśmy w niezwykle ciekawym momencie, w którym gaz ziemny może zostać dostarczony do nas praktycznie z każdego miejsca na świecie. Dzięki rozwojowi technologii LNG, budowie gazoportów w Ameryce Północnej i Europie, rozbudowie sieci krajowej, a także połączeń między państwami sytuacja, w której jesteśmy skazani za zakup gazu z jednego źródła, odchodzi do historii – ocenia Bartosz Milewski, dyrektor ds. zarządzania portfelem Hermes Energy Group SA.