Poprzez ataki m.in. w Medynie "światowy dżihad rozszerzył w poniedziałek swój zasięg" - czytamy w artykule redakcyjnym. Chociaż mogło dojść do masakry, to w zamachach w królestwie zginęło mniej osób niż w ostatnich atakach w Orlando, Stambule, Dhace czy Bagdadzie. "WSJ" przypomina, że zamachowiec zabił czterech funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa przy Meczecie Proroka w Medynie, drugim co do znaczenia ośrodku kultu religijnego w świecie islamu po Mekce, podczas gdy innemu terroryście udało się tylko wysadzić w powietrze przed konsulatem USA w Dżuddzie. W trzecim ataku w pobliżu meczetu w mieście Al-Katif na wschodzie kraju także zginął jedynie zamachowiec.

Na razie żadna organizacja nie przyznała się do zamachów, ale dziennik pisze, że wybór celów sugeruje, iż stać za nimi mogło Państwo Islamskie. "Al-Kaida generalnie krzywo patrzy na zmasowane ataki na muzułmanów, w tym na szyitów" - pisze "WSJ". Według gazety najbardziej niepokojący był atak na Meczet Proroka, gdzie jest grobowiec Mahometa.

Uzasadnieniem istnienia państwa saudyjskiego jest "zabezpieczanie świętych miejsc islamu, a udany zamach bombowy może postawić pod znakiem zapytania te kompetencje Saudów i wywołać gwałtowną reakcję przeciwko postępowemu księciu Muhammadowi ibn Salmanowi, który jest drugi w kolejce do tronu i próbuje unowocześnić rolę religii w życiu codziennym" - podkreśla amerykański dziennik.

Gazeta przekonuje, że po atakach Rijad będzie musiał podwoić swoje wysiłki na rzecz walki z terroryzmem, kładąc kres wspieraniu ekstremistycznych islamskich duchownych i szkół religijnych w królestwie i za granicą, co czyni od wielu lat. Według "WSJ" będzie to wymagało bliskiej koordynacji działań z USA. "W żywotnym interesie Waszyngtonu jest to, by u władzy w Arabii Saudyjskiej pozostała dynastia Saudów" - dodaje.

"Naprawienie szkód, które administracja prezydenta Baracka Obamy wyrządziła tym relacjom, będzie priorytetem następnego amerykańskiego szefa państwa" - uważa "WSJ".