Kiedy spadasz z wieżowca, na pytanie o to, jak leci, nie odpowiadaj: „jak na razie całkiem nieźle”, bo i tak na koniec roztrzaskasz się o ziemię – ten stary, giełdowy dowcip niestety jak ulał pasuje do nowych czasów i przyszłości, która może czekać Europę. Najnowsze dane pokazujące rachityczny wzrost gospodarczy w strefie euro, gwałtowny spadek nastrojów wśród przedstawicieli biznesu w Wielkiej Brytanii, ponowne kłopoty Portugalii, parlamentarny klincz w Hiszpanii, a przede wszystkim skalę problemów we włoskim sektorze bankowym sprawiają, że pytanie o krach europejskich gospodarek wraca z pełną siłą. Powraca też pytanie o to, w jaki sposób unikać roztrzaskania się o ziemię i katastrofy. Szukając rozwiązania tego kryzysu, po raz kolejny wracamy do Berlina. I niestety po raz kolejny rozwiązania tego tam nie znajdujemy. Odkrywamy za to korzenie wielu europejskich problemów. Za znaczną część z nich odpowiadają Niemcy.

Po pierwsze od lat niezmiennie utrzymują konkurencyjność na światowych rynkach nie tylko dzięki nowoczesności przemysłu i efektowności swoich pracowników, ale w dużym stopniu dzięki relatywnej słabości europejskiej waluty. Jeżeli Niemcy nadal miałyby własną markę, to spotkałby ją los analogiczny do japońskiego jena i szwajcarskiego franka. Gwałtowne i trwałe zyskiwanie na wartości doprowadziłoby do utraty konkurencyjności eksportu i wymuszeniu na Niemczech działań dostosowawczych. Oznaczałoby to albo bliskie japońskiemu luzowanie ilościowe. Albo – co bardziej prawdopodobne, wzrost popytu wewnętrznego i wzrost eksportu i sprzedaży usług z krajów biedniejszego europejskiego Południa – takich jak np. Grecja.

Po pierwsze, podtrzymywanie konkurencyjności dzięki taniemu euro sprawia, że niemiecka gospodarka i społeczeństwo nie muszą przechodzić bolesnych procesów dostosowawczych, z którymi zmagają się ich partnerzy.

Po drugie, Niemcy przez lata nie zrobiły praktycznie nic, żeby usunąć strukturalne nierównowagi w strefie euro. Ich przewaga konkurencyjna w dużym stopniu opiera się na eksporcie maszyn i urządzeń. W tej sytuacji swoboda przepływu towarów jest dla nich kluczowa. Z drugiej strony to właśnie Niemcy są krajem, który dokładnie chroni swój rynek wewnętrzny, rynek pracy, a przede wszystkim rynek zamówień publicznych. W efekcie swoboda przepływu ludzi i usług w UE już tak dobrze się nie ma. Warto pamiętać, że to Niemcy były krajem, który wprowadził najdłuższy z możliwych okresów przejściowych w dostępie – między innymi – polskich pracowników do swojego rynku pracy. To Niemcy są krajem promującym dyrektywę o delegowaniu pracowników, która podkopie konkurencyjność firm z krajów biedniejszych. W końcu to Niemcy są krajem, który bocznymi drzwiami wprowadza swoją płacę minimalną dla wszystkich kierowców tirów przez ten kraj przejeżdżających. Żyjemy więc w unii niedoskonałej – w której ciężarówka bez kłopotów dostarczy eksportowane samochody, ale firma pragnąca zaoferować usługę dostawy i naprawy tych samochodów zmagać się będzie z licznymi wyzwaniami i przeszkodami. Jednym słowem: Niemcy jako gospodarka robią wszystko, żeby zachować u siebie pieniądze zarobione na eksporcie. A ten, jak wspomniałem, konkurencyjny jest między innymi dzięki słabemu euro.

Po trzecie, Niemcy konsekwentnie od lat blokują rozwiązania, które w systemowy sposób prowadziłyby do redystrybucji bogactwa. Pod hasłem obrony ciężko pracujących i oszczędnych obywateli Republiki Federalnej odmawiają jakiejkolwiek dyskusji o transferach fiskalnych dla Grecji, Hiszpanii czy Włoch. Można zrozumieć polityczny mechanizm kierujący politykami w Berlinie. Trudno byłoby przekonać wyborców, że należy pomóc „leniwym” południowcom. Tyle tylko, że ci leniwi południowcy, nie dość że wedle raportów OECD pracują dłużej i ciężej niż Niemcy, to są w pętli długów bez wyjścia. Pieniądze, których nie wydaje się na pomoc dla unijnych współobywateli, znajdują się za to na ratowanie rodzimych banków, których menedżerowie wzbogacili się, udzielając „południowcom” ryzykownych pożyczek.

Po czwarte, Niemcy od lat nie są w stanie zmienić swojej gospodarczej propozycji przedstawionej krajom biednego Południa. W coraz większym stopniu podejście polityków niemieckich, podejście szefów europejskiego mechanizmu stabilizacyjnego jest dogmatyczne i oderwane od rzeczywistości. Ekonomiści z Frankfurtu uwierzyli, że ich model gospodarczego sukcesu jest modelem uniwersalnym i przeszczepiony z Niemiec do Hiszpanii, Grecji czy Włoch przyniesie ozdrowieńcze skutki. Model ten i sukces opierają się w dużym stopniu na reformach przeprowadzonych na rynku pracy w pierwszej dekadzie poprzedniego dziesięciolecia. Reforma nazwana od nazwiska ministra pracy Hartz IV przyczyniała się do daleko posuniętej liberalizacji niemieckiego rynku pracy, zmniejszenia jednostkowych kosztów pracy i przez to uzyskania konkurencyjności. Zwolennicy tezy o tym, że wystarczy tylko powtórzyć niemiecki model, wskazują na Francję, która po krachu planów reform Alaina Juppe’a poszła w kierunku odwrotnym – skrócenia czasu pracy i stabilizacji poziomu opieki społecznej. Przyczyniło się to do relatywnie wyższych kosztów pracy we Francji i w związku z tym do względnej utraty konkurencyjności.

Rozwiązanie proponowane przez Berlin z pozoru wydawałoby się proste. Jednak sukces nie wziął się jedynie z reformy Hartz IV, ale również z pracy Polaków, Czechów czy Węgrów. Położenie geograficzne pozwoliło Niemcom w dużym stopniu relokować pracochłonne elementy łańcucha produkcyjnego do nowych krajów członkowskich. Włosi czy Francuzi takich szans nie mieli.

Po piąte, w nowoczesnych gospodarkach, w których następuje szybka automatyzacja i robotyzacja gospodarki, podnoszenie konkurencyjności jest najłatwiejsze poprzez drogie inwestycje w maszyny i urządzenia. Dla pogrążonych w kłopotach przedsiębiorców z Południa jest to trudniejsze niż dla Niemiec mających rozbudowane mechanizmy wspierania biznesu, między innymi dzięki działalności takich podmiotów jak bank KFW. Dodatkowo kraje północnej Europy, a szczególnie Niemcy, wkraczały w XXI w. ze zdecydowanie lepiej rozwiniętą infrastrukturą zapewniającą biznesowi bardziej przyjazne otoczenie. Kraje Południa mogłyby nadrobić lukę i jednocześnie pobudzić wzrost gospodarczy i zatrudnienie dzięki inwestycjom infrastrukturalnym. Żeby je zrealizować, musiałyby oprzeć się na pieniądzach publicznych, a te są niemożliwe do pożyczenia i wydania, skoro nie działają programy redystrybucji fiskalnej, a równocześnie wymaga się od nich dyscypliny budżetowej.

Najważniejsze jest jednak to, że Niemcy odrzucają polityczny wymiar kryzysu gospodarki europejskiej. Wysokie bezrobocie wśród młodych Hiszpanów, Włochów czy Portugalczyków jest zjawiskiem na tyle trwałym, że zaczęło w sposób fundamentalny zmieniać obraz polityki w tych krajach. Berlin nie wykorzystuje swojej siły politycznej, żeby zmienić wyraźnie europejską politykę gospodarczą. Ogranicza wręcz inicjatywy Europejskiego Banku Centralnego, opóźniając i ograniczając wszelkie pomysły na duże europejskie luzowanie ilościowe. Zachowując daleko posuniętą ostrożność w dziedzinie polityki gospodarczej, Berlin podejmuje jednocześnie samodzielne i ryzykowne decyzje polityczne. Otwarcie granic na rzesze uchodźców z Bliskiego Wschodu – nawet jeśli była to decyzją słuszna i w zasadzie jedyna, jaką można było podjąć – na Bałkanach zachodnich zostało zrealizowane w sposób autorytarny, bez dostatecznej konsultacji z europejskimi społeczeństwami. Prawdopodobnie to kryzys migracyjny przechylił szalę na korzyść zwolenników Brexitu i na pewno wyraźnie wzmocnił partie skrajne we Franci i w Austrii. Tak poważnemu zadaniu politycznemu, jakim dla Europy jest kryzys na Bliskim Wschodzie, można zaradzić tylko, redukując liczbę społeczno-politycznych pożarów na zapleczu. Trudno zaś prowadzić jednolitą, spójną i solidarną politykę zagraniczną i migracyjną Unii, odmawiając tej solidarności w kwestii kluczowej dla młodych Europejczyków, czyli w kwestii gospodarki i zatrudnienia.

Dla wielu ekonomistów argumenty, które wymieniłem powyżej, nie są nowe. W europejskiej debacie gospodarczej dyskusja o roli Niemiec w utrzymaniu stagnacji na kontynencie często powraca. Nowe jednak na naszym kontynencie jest narastające przerażanie związane z sytuacją we włoskim systemie bankowym, we włoskiej gospodarce i co za tym idzie, obawy o włoską politykę.

Kryzys na Półwyspie Apenińskim nie jest kolejnym kryzysem bankierów. Włoskie instytucje finansowe przez pierwszą falę kryzysu w 2008 r. przeszły dość dobrze. Często wskazywano na rozproszenie tego sektora i jego względny konserwatyzm jako na przyczynę stabilności. Udało się ją jednak utrzymać m.in. dzięki wspieranej przez państwo aktywności włoskich ciułaczy. Chętnie obejmowali oni akcje mniejszych banków i kupowali ich obligacje. Płynność i trwałość okazały się jednak niewystarczające w obliczu długotrwałego i strukturalnego zastoju gospodarczego. Drobne włoskie banki pożyczające pieniądze włoskim przedsiębiorcom z czasem odkryły, że w gospodarce, która się nie rozwija, coraz więcej kredytów jest niespłacanych. Nie dlatego, że zostały zainwestowane w wyrafinowane instrumenty finansowe, ale dlatego że włoscy przedsiębiorcy nie mają szans na taki rozwój jak ich niemieccy rywale. Jednocześnie weszły w życie nowe rozwiązania finansowe, które zakładają, że koszty ewentualnej restrukturyzacji i upadłości banków spadną na akcjonariuszy i depozytariuszy banków. W przypadku Włoch oznaczałoby to, że miliony zwykłych obywateli stracą swoje pieniądze. A w konsekwencji katastrofę w jednym z najważniejszych krajów i kontynentu, i świata. Kraju kluczowym również w kwestii polityki bezpieczeństwa na południu kontynentu.

Niemieckie kierownictwo musi w tej sytuacji porzucić sztuczny podział na solidarna politykę i niesolidarną gospodarkę. Bez trwałego rozwiązania problemów gospodarczych strefy euro nie uda się uniknąć katastrofy. A ta – co prawda na końcu – ale jednak dotknie Niemców. W sposób bolesny pociągając ich w przepaść. Nawet jeżeli teraz na pytanie, jak leci, Niemcy odpowiadają: całkiem nieźle.