Trwająca w Luizjanie potężna powódź przypomniała, na jak grząskim gruncie – w dosłownym sensie – znajduje się amerykańska infrastruktura naftowa. Zabezpieczenie brzegu przed zapadaniem się w wodach Zatoki Meksykańskiej wymagałoby wielomiliardowych inwestycji, na które nie ma pieniędzy ani zmagający się z deficytem budżetowym stan, ani koncerny naftowe.

Jak do tej pory trwające od 11 dni powodzie, w efekcie których zginęło 13 osób, a 30 tys. trzeba było ewakuować, obeszły się z naftową infrastrukturą dość łagodnie. Wprawdzie w zeszłym tygodniu koncern ExxonMobil czasowo zamknął rafinerię w Baton Rouge – czwartą pod względem wielkości w Stanach Zjednoczonych – ale woda zagrażała tam głównie zbiornikom i rurociągom, a niekoniecznie głównym zakładom. Także inne kluczowe rafinerie w Luizjanie nie są na razie bezpośrednio zagrożone zalaniem. Problemem – i to stałym – jest jednak podnoszący się poziom wody, która wchodzi coraz dalej w głąb lądu i zabiera kolejne tereny. Każdego roku ponad 50 km kw. powierzchni Luizjany jest pochłanianie przez wody Zatoki Meksykańskiej. W Port Fourchon – najbardziej wysuniętym na południe porcie tego stanu, który obsługuje ponad 90 proc. ropy i gazu wydobywanych z dna morskiego – linia brzegowa cofa się każdego miesiąca o metr.

Na wybrzeżu Luizjany znajduje się infrastruktura naftowa o wartości ok. 100 mld dol. Przez lata jej naturalną ochronę stanowiły bagna i mokradła południowej części stanu. Po pierwsze dlatego, że przez nie przechodzą rurociągi, a po drugie – bo osłabiały uderzenia morskich fal w czasie huraganów. Jednak wraz z erozją gleby i wydzieraniem przez morze kolejnych terenów lądu ta ochrona coraz bardziej słabnie. Rurociągi i zbiorniki są narażone na działanie słonej wody, która w większym stopniu powoduje korozję, zaś zalewanie mokradeł sprawia, że kolejne huragany i powodzie powodują większe spustoszenia. Przez Zatokę Meksykańską co roku przechodzi kilka dużych i kilkanaście mniejszych huraganów, ale wieloletnie statystyki pokazują, że ich liczba w ostatnich 20 latach wyraźnie wzrosła.

– Wszystkie rurociągi, wszystko to, co zostało tu umieszczone w latach 50., 60. i 70., było zaprojektowane z myślą, że będzie chronione przez mokradła – mówił Bloombergowi Ted Falgout, ekspert od energetyki i były dyrektor w Port Fourchon. Według raportu Uniwersytetu Stanowego Luizjany i think tanku RAND Corporation na temat gospodarczych skutków zanikania terenów nadbrzeżnych w ciągu najbliższych 25 lat prawie 1000 km rurociągów może być narażonych na działanie niekorzystnych czynników przyrodniczych.

Władze stanowe oczywiście zdają sobie sprawę z zagrożenia i nawet opracowały plan wzmocnienia wybrzeża m.in. przez budowę zapór ochronnych, które zatrzymywałyby fale. Z tym że to wszystko kosztuje. Według stanowego urzędu ds. ochrony i rekonstrukcji wybrzeża na całkowite zabezpieczenie wybrzeża potrzebne byłoby od 50 mld do 100 mld dol. A Luizjana takich pieniędzy nie ma. Zresztą brakuje ich jej nawet na bardziej bieżące potrzeby, bo w stanowym budżecie jest deficyt w wysokości 2 mld dol., co stanowi 8 proc. wydatków.

I nie zanosi się, by pieniądze się pojawiły, bo na tle dobrze rozwijającej się amerykańskiej gospodarki Luizjana jest jednym z ciemnych punktów. Mimo spadającego w kraju bezrobocia w Luizjanie liczba miejsc pracy zmniejszyła się w ciągu ostatnich dwóch lat o 25 tys., a jego poziom jest o punkt procentowy wyższy niż średnia krajowa. Problemem są też spadające przychody podatkowe, co jest pokłosiem licznych ulg i zwolnień, którymi władze przyciągały wielkie firmy. W ciągu ostatnich siedmiu lat dochody z podatków spadły o 8 proc. i są one już niewiele wyższe niż wartość przyznanych ulg, która w tym samym czasie wzrosła o 41 proc.

W tej sytuacji nie ma żadnych szans na to, że władze stanowe wygospodarują pieniądze na ochronę wybrzeża. Władze w Baton Rouge chciałyby, żeby koszty poniosły koncerny naftowe. Te jednak odpowiadają, że już to robią, bo na ten cel przeznaczane są pieniądze z licencji na wydobycie i nie ma powodu, by je dodatkowo obciążać, szczególnie teraz, gdy sektor znajduje się w kryzysie. Ale problem w tym, że spadek cen ropy naftowej na giełdach i związane z tym zmniejszenie poziomu wydobycia spowodowały również znaczące zmniejszenie przekazywanych przez nie kwot. W zeszłym roku do budżetu Luizjany trafiło z tego tytułu nieco ponad 800 tys. dol.

Władze Luizjany szacują, że jeśli wybrzeże nie zostanie zabezpieczone, straty materialne spowodowane powodziami mogą w najbliższych latach wzrosnąć do 20 mld dol., więc prędzej czy później ktoś jednak będzie musiał za to zapłacić. Być może zdecydują się na to koncerny naftowe, gdy wezmą pod uwagę, że potencjalne straty mogą być wyższe. Tyle że z każdym kolejnym rokiem i każdą kolejną powodzią koszty tego zabezpieczenia będą rosły.

Katastrofy naturalne też wpływają na politykę

Trwająca od 12 sierpnia powódź w Luizjanie, w czasie której ilość opadów była większa niż podczas huraganu Katrina w 2005 r., nie skupiła na sobie takiej uwagi amerykańskich mediów i polityków, jak to było w przypadku poprzednich klęsk żywiołowych. Prezydent Barack Obama, który przebywał na wakacjach, dopiero po kilku dniach zdecydował, żeby pojechać do Luizjany. Wizyta jest planowana na dzisiaj. Także obydwoje kandydatów na jego następcę – Hillary Clinton i Donald Trump – zostało skrytykowanych za początkowy brak reakcji na powódź. Trump jednak wraz ze swoim kandydatem na wiceprezydenta Mikiem Pence’em pojechał później do Luizjany.

Tymczasem odpowiednia reakcja (lub jej brak) polityków w sytuacji katastrofy może przesądzać o wyniku wyborów bądź o tym, jak prezydent zostanie zapamiętany przez historię. Administracja George’a W. Busha była powszechnie krytykowana za spóźnione i niewystarczające działania podczas wspomnianego huraganu Katrina. Z punktu widzenia wyborów nie miało to znaczenia, bo Katrina uderzyła kilka miesięcy po tym, jak Bush rozpoczął swoją drugą kadencję, ale do jej końca ta sprawa była mu wypominana. Z kolei huragan Sandy, który uderzył w New Jersey pod koniec października 2012 r., miał wpływ na wynik odbywających się kilkanaście dni później wyborów. Fakt, że Obama sprawdził się wówczas jako przywódca, a przy tym wielokrotnie mówił o potrzebie walki ze zmianami klimatycznymi, pomógł mu pokonać Mitta Romneya.