"Spotkanie z Donaldem Trumpem jest jak występ w filmie. Jego biuro zalane naturalnym światłem z dwóch stron przypomina plan zdjęciowy, na którym pojawia się gwiazda tego filmu – podstarzały mężczyzna w typie przywódcy, a twarzy tak perfekcyjnie utrzymanej, że jego skóra wydaje się nie mieć żadnych porów. Jego tożsamość zdradza starannie ułożona fryzura, lśniąca od lakieru, który utrzymuje ją w całości. Perfekcjonista w każdym calu, wygłasza oklepany frazesy z taką wprawą, że brzmią niemal świeżo" – opisuje Michael D’Antonio w biografii "Donald Trump. W pogoni za sukcesem". Przyznaje przy tym, że przychodzi mu wówczas do głowy porównanie z Michaelem Cainem "w jednym ze swoich mniej udanych filmów". Inni z komentatorów napiszą z kolei, że Trump może budzić skojarzenia z wrestlerem wchodzącym na ring, a nie mężem stanu; głównie dlatego, że nierzadko zdarza mu się wchodzić na scenę przy akompaniamencie "We Are the Champions" zespołu Queens (Brytyjczycy niejednokrotnie protestowali potem przeciwko jej użyciu). Te skojarzenia z walką nie są zresztą przypadkowe.

"Jak na człowieka siedzącego na stosie pieniędzy w betonowej wieży z widokiem na Manhattan, Trump zastanawiająco często opisuje życie jako walkę", napisze D’Antonio w innym miejscu. Sam biznesmen i polityk będzie też przekonywał: - W życiu chodzi o przetrwanie. W życiu zawsze chodzi o przetrwanie.

Dzieciństwo, czyli szczupły blondyn pękający z nadmiaru ambicji

To, że zawsze chodzi o przerwanie, starał się udowodnić na każdym kroku jeszcze jako mały chłopiec. Na porządku dziennym było więc rzucanie gumką w nauczycieli i ciastem w kolegów na przyjęciach urodzinowych. "W szkole podstawowej (chodził do prywatnej szkoły podstawowej Kew-Forest - przypis red.) było z Donalda niezłe ziółko. Pewne razu zarzucił nauczycielowi muzyki całkowity brak kompetencji, a gdy temperatura sporu wzrosła – podbił mu oko" – przypomina też Michael D’Antonio. A że rodzice nie mogli sobie z nim dać rady, to kończyło się na tym, że wysłano go do gimnazjum słynnego z wojskowej dyscypliny New York Military Academy. Jego uczniom starali się "wpoić pewność siebie korespondującą z wojskową postawą - plecy proste, wzrok skierowany prosto przed siebie, podbródek wysunięty naprzód - z którą młodzi ludzie maszerowaliby prze życie, wierząc, że zasługują na wielki sukces, ponieważ akademia uczyniła ich lepszymi od reszty społeczeństwa". Trump, wspominając ten okres, powie potem: - Do elity należałem już wcześniej, ale kiedy ukończyłem szkołę, należałem do ścisłej elity.

- Muszę stwierdzić, że nigdy nie spotkałem się z takim uznaniem na jakie zasługiwałem - doda w kilka lat później.

Donald zawsze był z siebie dumny. Wierzył, że jest najlepszy. I to we wszystkim. "Ambicja ponad miarę kazała mu wykorzystywać w pełni każde doświadczenie i osiągnięcie, a następnie ogłaszać swoja nadzwyczajną biegłość w każdej dziedzinie, jakiej się imał. Nie tylko był baseballistą – był jednym z najlepszych w tej dyscyplinie w stanie Nowy Jork. Nie był jednym z wielu studentów w Pensylwanii – był najlepszy na roku"

Trump jeździł ostrożnie, jak nowicjusz. Ivana (późniejsza pierwsza żona – przypis red.) zaskoczyła go profesjonalnym przygotowaniem, a w końcu przemknęła koło niego i dalej, w dół stoku. Jeszcze długo potem pamiętała jego reakcję w najdrobniejszych szczegółach:
- Zniknęłam Donaldowi z oczu. Tak się wściekł, że zdjął narty i buty i poszedł do restauracji. Znaleźliśmy z instruktorem jego deski niżej na stoku. Poszedł w samych skarpetkach do restauracji i powiedział: "Nie mam zamiaru pier… się z nartami dla nikogo, nawet dla Ivany!". Nie mógł znieść tego, że robiłam coś lepiej niż on.

Nic nie wskazywało jednak na to, że zostanie sportowcem albo naukowcem. Swego czasu fantazjował nawet o karierze aktora teatralnego lub filmowego, ale ta też nigdy nie doszła do skutku, a młody Donald zaczął naukę na uniwersytecie Pensylwanii (dokąd przeniósł się po dwóch latach w Fordham). Studiował obrót i zarządzanie nieruchomościami w Wharton School of Finance and Commerce (będącej wydziałem uniwersytetu). "Chłonąc tam wiedzę jak gąbka, poświęcając najwięcej uwagi zawiłościom wielkiego biznesu. W domu studiował zaś strukturę firmy ojca, szukając szans na ich dalszy rozwój", dodaje biograf Trumpa.

Od początku stronił z kolei od papierosów i alkoholu, ale nie od kobiet, co też powszechnie wiadomo. Zasłynął z tego, że sprowadzał je do pokoju jeszcze w akademiku – za każdym razem inną i za każdym razem piękniejszą. Mówił o nich krótko: "dychy" (10 punktów na 10 możliwych). Nic dziwnego, że koledzy szybko nadali mu przydomek "największego podrywacza", a po latach eksperci zgodnie orzekli: To rozpaczliwie próbujący zyskać akceptację chłopiec, któremu nikt jeszcze nie powiedział, że samochwalstwo jest wstrętne. Przypominał łobuzów ze szkoły. Wyznawał zasadę; daj mi to albo cię walnę. Trump jednak nie zmienił się z wiekiem. 

On sam potwierdza: - Kiedy porównuje sienie z pierwszej klasy z sobą obecnym, nie znajduję większych różnic. Temperament się nie zmienił. 

Do dziś lubi się otaczać pięknymi kobietami – ma już czwartą trzecią żonę, Melanię Knauss, młodszą od siebie o ponad 25 lat. A jakby tego było mało, w 1996 roku kupił sobie konkurs piękności Miss Universe Inc. Miss Kalifornii w książce "Still Standing" wspomina jego przebieg: - Słałyśmy w szeregu,a on robił selekcję bardziej szczegółową niż generał na paradzie. Mierzył każdą wzrokiem, po czym dzielił nas na "laski"i "pasztety".

Sam przesadnie lubi dbać o wygląd. "Nosił kosztowne garnitury, koszule z monogramem, jedwabne krawaty i złotą biżuterię – zupełnie jakby jego garderobą zarządzał hollywoodzki specjalista, który otrzymał zadanie ubrania aktora grającego członka zarządu" – napisze Michael D’Antonio. A Judy Klemesrud, reporterka New York Timesa doda pełna zachwytu: Olśniewająco białe zęby, bardzo przypomina Robert Redforda.

Nie wspomni już o tym, że Trump znany jest z mizofobii - stale myję ręce i nie cierpi ściskać dłoni nieznajomym.

Biznes, czyli Midas branży budowlanej gra w trzy kubki

Trump o dziś lubi się też przechwalać swoimi zdolnościami biznesowymi, ale - jak się okazuje - jego deklaracje bywają dalekie od rzeczywistości. Deklaruje, że jego majątek jest wart 10 mld, dolarów, ale "Forbes" wycenia go "jedynie" na 4 mld. O to zresztą Trump będzie miał pretensje do redaktorów magazynu i nie będzie szczędził obelg ("wstrętni", "dranie", "świnie", "frajerzy").

Trump słynie w ogóle z ciętego języka. Kiedy coś mu nie opowiada, wdaje się w tyrady naszpikowane przekleństwami. Pracownicy, konkurenci, krytycy i partnerzy stają się wówczas: głupkami, durniami i mięczakami. Przykłady? - Rządy Kocha (były burmistrz Nowego Jorku) są katastrofą dla tego miasta – mówi publicznie Donald. Burmistrz odpowiada: - Jeżeli Trump kwiczy jak zarzynane prosię, to dowód na to, że postąpiłem właściwe. Kolejny? - Pyskaty rasistowski kretyn, który ma niezły tupet i stara się tanim kosztem zyskać rozgłos, cholerny dupek – odgraża się Cher. Trup na to: - Powinna poświęcać więcej czasu rodzinie i zdychającej karierze. A i nie mam żadnego tupetu. To moje prawdziwe włosy. Obiecuję nie rozmawiać o wszystkich twoich nieudanych operacjach plastycznych!

Pewne jest z kolei to, że początkowo zarabiał na kontraktach załatwianych przez ojca – "dewelopera wznoszącego bloki dla średniozamożnych mieszkańców Queens, Staten Island i Brooklynu. Miał wtedy na koncie 200 tys. dolarów (równowartość dzisiejszego 1,5 mln). Pierwsze poważne pieniądze Trump zarobił pod koniec lat 70., po tym jak zdecydował się remontując podupadły hotel Commodore naprzeciw zabytkowego dworca Grand Central – głównie dzięki temu, że poprzez polityczne znajomości załatwił sobie ogromne ulgi podatkowe", opisywał też swego czasu "Newsweek".

Już na wczesnym etapie swojej kariery cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem, że instytut Gallupa przyznał mu 7. miejsce w światowym rankingu najbardziej podziwianych ludzi lat 80. Wyprzedził go tylko papież, Lech Wałęsa i czterech żyjących prezydentów USA. A potem poszło jak po sznurku – wybudował luksusowy apartamentowiec Trump Tower, kupił i przebudował dzisiejsze Trump Plaza Hotel and Casino, Trump’s Castle i Trump’s Taj Mahal – największy kompleks hotelowo-kasynowy świata.

"Ale kokosów na tym ostatnim nie zarobił, podobnie jak zakupie Eastern Air Lines Shuttle, które operowały na niebie pod marką Trump Airlines (zdobione były złotem, mahoniem i futrem – przypis red.) Stracił też na wyszukiwarce internetowej GoTrump.com zamkniętej po roku, czasopiśmie "Trump Magazine”, wódce Trump, której nikt nie chciał pić, kasie kredytów hipotecznych Trump Mortgage LLC i grze Trump opartej na Monopoly z elementami programu >>The Apprentice<<".

Z czasem nazwisko miliardera stało się "synonimem bezwstydnego sukcesu i bezczelnej autopromocji", a marka Trump zaczęła się pojawiać także na meblach, krawatach, perfumach, uniwersytecie (Trump U), mięsie i wodzie mineralnej – słowem niemal na każdym towarze sprzedawanym jako produkt najwyższej klasy. Za odpowiednio wysoką cenę. - Wciąż mało mu było władzy, rozgłosu, bogactwa – podsumuje Michael D’Antonio, kiedy ten staje się też gwiazdą telewizji ("Potwierdził, że ma w sobie tyle z biznesmena, ile z artysty cyrkowego").

"Sielanka skończyła się w roku 1989. Zarówno firmie Trump Organization, jak i jej szefowi zagroziła plajta. W pewnym momencie miliarder był 900 mln pod kreską, ale zdołał częściowo spłacić długi i zaciągnąć nowe pożyczki". Udało mu się z tego wyjść obronną ręką, bo – jak mówi jeden z jego byłych dyrektorów – wszystko to była gra w trzy kubki". - Trump przesuwał podczas niej niewielkie sumy pomiędzy różnymi podmiotami swojej korporacji, żeby spełniać wymagania pożyczkodawców i za ich pieniądze realizować kolejne projekty. Wierzyciele, zwłaszcza ci, którzy przez lata robili interesy z ojcem Donalda, mieli do niego zaufanie, choć doskonale zdawali sobie sprawę z jego metod – wyjaśnia. 

Polityka, czyli "Błazen walczy o prezydenturę"

Niezależenie od tego, że został przyłapany na niezliczonych kłamstwach (czterokrotnie wymigał się od poboru, raz dzięki lewemu zaświadczeniu lekarskiemu) i tak nie przeszkodziło mu to zostać oficjalnym kandydatem Republikanów na prezydenta. "Błazen walczy o prezydenturę" – skomentował nowojorski dziennik "Daily News" (i zamieścił na okładce jego zdjęcie w cyrkowym makijażu). Z kolei Huffington Post napisał: "Nie damy się podpuścić. Jeśli interesuje was to, co The Donald ma do powiedzenia, znajdziecie informacje w sekcji rozrywkowej, obok newsów o Kardashianach i »Pannie do wzięcia«”. Henryk Schafer z firmy oceniającej celebrytów poszedł jeszcze o krok dalej i określił miliardera jako "quasi-celebrytę, którego ludzie z rozkoszą nienawidzą".

To zresztą nie pierwsze podejście Donalda Trumpa do polityki. Poprzednie próby – w 1987 i 1999 roku miały związek z premierami jego kolejnych książek. Nigdy nie chodziło mu o zaspokojenie politycznych ambicji. - Donald Trump dołączył do partii, by zareklamować swoje hotele, książkę i samego siebie naszym kosztem. Mam nadzieję, że już zrozumiał, że nie będziemy dłużej tolerować takiego wykorzystywania naszej partii – skomentował swego czasu Patrick Choate, przywódca partii reform.

O co chodzi tym razem? Tego jeszcze nie wiadomo, tym bardzie, że jego obietnice są równie niejasne jak wcześniej: "Będę najwybitniejszym prezydentem od kreowania miejsc pracy, jakiego stworzył Bóg". Domaga się przy tym budowy muru na granicy z Meksykiem i deportacji 11 milionów nielegalnych imigrantów "kradnących pracę Amerykanom". Ale krytycy podkreślają, że i tym razem szykuje się wielki spektakl, a bilety w większości zostały już wyprzedane ("Trump jest wstanie wygłosić każdą bzdurę pod warunkiem, byleby tylko zyskać rozgłos").  "W jesieni życia Donald Trump pozostaje wierny swoim przyzwyczajeniom – prowokowaniu konfliktów, napędzaniu konsumpcji i oznaczaniu każdego zakątka swoim nazwiskiem. Nie wstydzi się ich, ale kiedy go przycisnąć, przyznaje się do cienia wątpliwości" - podkreśla też Michael D'Antonio. 

On sam skomentował tę złośliwość w swojej książce "Trump. The Art Of the Deal": - Trochę przesady nigdy nie zaszkodzi. Nazywam to niewinnym wyolbrzymianiem, w służbie prawdy i uważam za bardzo skuteczną formę promocji.