Gdy Hiszański odkrywca, Juan Ponce de Leon, na początku XVI wieku po raz pierwszy zobaczył półwysep na południowym wschodzie Ameryki, postanowił nazwać go La Florida. "Ziemia kwiatów", pomimo naturalnego piękna, doświadczyła burzliwej historii; uciekając z jednych rąk, zaraz wpadała w kolejne. Dziś stosunek reszty Ameryki do Florydy bywa ambiwalentny - chętnie odwiedzana ze względu na swój ciepły klimat, piękne plaże i jeszcze piękniejsze parki narodowe, jest jednocześnie wyśmiewana za swoją rzekomą zaściankowość i odmienność. Jakby sprzeczności było mało, Floryda jest też jednym z najbardziej kluczowych stanów w wyborach na urząd prezydenta Ameryki - od 1950 roku tylko raz zagłosowała na kandydata, który przegrał wyścig o fotel. Jaka jest więc Floryda, na którą wzrok w listopadzie skieruje reszta świata?

Burzliwa historia słonecznej krainy

"Ziemia kwiatów" od wieków przyciągała uwagę Europy, jednak miłość do La Floridy bywała skomplikowana i nietrwała. Podbój w wieku XVI rozpoczęli Hiszpanie, jednak dwieście lat później dobrowolnie oddali półwysep Brytyjczykom w zamian za - z ich punktu widzenia - bardziej atrakcyjną Hawanę. To właśnie w okresie rządów brytyjskich na Florydzie rozpoczęto uprawę trzciny cukrowej - dziś drugiego po cytrusach najważniejszego produktu eksportowego.

Romans Florydy z Królestwem Wielkiej Brytanii trwał także w trakcie wojny niepodległościowej, co dziś nie jest powodem do dumy - żaden z przedstawicieli półwyspu nie wziął udziału w pracach nad szkicem Deklaracji Niepodległości podpisanej 4 lipca 1776 roku w Filadelfii. Przywiązanie do Brytyjczyków nie popłaciło - przegrana przez nich wojna sprawiła, że półwysep ponownie przypadł Hiszpanom, by wreszcie, w 1822 roku, trafić pod kontrolę Stanów Zjednoczonych.

Ciemnych kart w historii Florydy jest więcej. Stan, którego prawie połowę populacji stanowili niewolnicy, w wojnie secesyjnej opowiedział się po stronie Konfederatów, którzy zaciekle walczyli o utrzymanie niewolnictwa. Pomimo zwycięstwa Północy, czarnoskórzy mieszkańcy Florydy zmuszeni byli masowo uciekać przed prześladowaniami. Pełnię praw nadano im dopiero w latach 60. XX wieku na fali działań ruchów walczących o prawa Afroamerykanów.

Witaj na Florydzie!

Dziś ruch migracyjny na półwyspie odbywa się w przeciwnym kierunku - nikt nie ucieka; wręcz odwrotnie. Starsi Amerykanie, zwłaszcza ci z "chłodnej" północy, masowo przeprowadzają się na Florydę, gdzie w słońcu i z mojito w dłoni przechodzą na emeryturę. Florydę zamieszkują też liczni Latynosi, zwłaszcza Kubańczycy, którzy napływają z południa w poszukiwaniu lepszego życia. To właśnie ta mieszanka wiekowo-kulturowa sprawia, że Floryda to dziś fascynujący kocioł, w którym konserwatywne wartości zderzają się z latynoską otwartością i beztroską. Języki się mieszają, kuchnie łączą, a różnice narodowe stopniowo zacierają. I tylko pieniądze jeszcze dzielą - Floryda to miejsce, gdzie kontrast między biedną a bogatą Ameryką wyjątkowo rzuca się w oczy.

Podróżując po Florydzie nie można nie odwiedzić Miami, którego silny amerykańsko-latynoski charakter tak wiernie odtworzono w latach 80-tych w kultowym już filmie "Człowiek z blizną" z Alem Pacino w roli kubańskiego bossa narkotykowego. Dzięki silnej obecności mniejszości mówiącej po hiszpańsku, miasto jest praktycznie dwujęzyczne. Rozkwit przeżywa też scena latynoskiego jazzu, którego dźwięki rozbrzmiewają już nie tylko na ulicach słynnej Małej Hawany, ale też w klubach ekskluzywnego kurortu Miami Beach. To właśnie tu za dnia najlepiej pójść na spacer po białych plażach, a potem wybrać się na zwiedzanie dzielnicy Art Deco. Ponad 800 budynków, których większość powstała w latach dwudziestych i trzydziestych zeszłego wieku, wpisano na amerykańską listę Narodowego Rejestru Zabytkowych Miejsc.

Fanów tenisa może też zainteresować wizyta na Key Biscayne - małej wyspie na wschód od Miami, do której prowadzi mierzący prawie 9 km długości most Rickenbacker Causeway. To właśnie tu co roku w marcu odbywa się znany na całym świecie turniej Miami Open. W 2012 roku triumfowała w nim Agnieszka Radwańska. Nieprzypadkowo to właśnie Key Biscayne wybrano na miejsce rozgrywania tego prestiżowego turnieju. Zatoka, która dzieli tę małą wysepkę od Miami, to nie tylko bariera geograficzna - strzeżone bramy i busy dowożące imigrantów do prac przy ekskluzywnych osiedlach to widok, który symbolicznie obrazuje paradoks amerykańskiego snu.

Miami, jakkolwiek ciekawe, nie odzwierciedla tego, czym jest reszta Florydy. A jest przede wszystkim prawie w połowie pokryta mokradłami, które tworzą piękny, ale i mało dostępny park narodowy Everglades. W subtropikalnych lasach namorzynowych mieszka wiele rzadkich gatunków zwierząt, w tym zagrożone pantery florydzkie, manaty i krokodyle. Brak czasu na wyprawę w głąb parku można sobie zrekompensować jazdą po tzw. Alligator Alley, która łącząc wschód i zachód półwyspu, biegnie wzdłuż północnej granicy Everglades. Na poboczu drogi wylegują się tam codziennie setki aligatorów. Większe i mniejsze, wszystkie tak samo prehistoryczne i przerażające; i na szczęście za ogrodzeniem.

Po przejechaniu kilku godzin drogi na północ - choć według mapy to wciąż jeszcze Floryda - nastrój i otoczenie wskazują już na "głębokie południe". Graniczącą z Alabamą i Georgią północ Florydy pokrywają lasy dębowe z charakterystycznym wiszącym hiszpańskim mchem. Zachowało się tam kilka historycznych plantacji wraz z typową dla tego okresu architekturą kolonialną. Ta piękna kraina o ponurej niewolniczej przeszłości to dziś bastion Republikanów - wszechobecne kościoły, zwłaszcza Baptystów, po brzegi wypełniają wierni, a kaznodzieja to jeden z najbardziej popularnych zawodów. Rasizm, mniej lub bardziej subtelny, wśród tzw. rednecków, czyli białej klasy pracującej, wyczuwalny jest wszędzie. Skutki skomplikowanej historii, z którą Stany Zjednoczone do tej pory nie do końca sobie poradziły, widać tu gołym okiem.

Wszystko to, co dzieli Florydę, wyjątkowo wyraźnie widać równo co cztery lata, gdy toczy się walka o fotel prezydenta. Jakkolwiek ekscytujące, wybory na Florydzie sprawiają, że wielu mieszkańców Ameryki, i do pewnego stopnia reszty świata, staje się zakładnikami jednego stanu.

Prezydent w garści Florydy

Od 1976 roku Demokraci zdobyli Florydę cztery razy; sześciokrotnie wygrali Republikanie. Mieszkańcy Ameryki przyzwyczaili się już, że wynik na Florydzie zazwyczaj oscyluje w granicach błędu statystycznego. W 2012 roku Barack Obama zdobył półwysep niespełna jednym punktem procentowym przewagi nad swoim rywalem, Mittem Romneyem. To jednak nic w porównaniu z szokującymi wydarzeniami roku 2000, kiedy o zwycięzcy w wyborach na Florydzie musiał zdecydować Sąd Najwyższy. Jeszcze zanim do wyborczej gry przystąpiła Floryda, przewagą cieszył się ówczesny kandydat Demokratów, Al Gore. Przewaga ta była jednak bardzo mała, co oznaczało, że Floryda, ze swoim silnym kolegium 25 elektorów (teraz jest ich 29), zdecyduje o wyniku wyborów. Ten okazał się jednak niemożliwie zbliżony - 48,847% dla Georga W. Busha i 48,838% dla Ala Gore’a. Decyzją sądu na Florydzie rozpoczęto proces przeliczania głosów na nowo. Po kilku tygodniach Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych zdecydował, że zwycięzcą na Florydzie jest Bush. Spośród prawie 6 milionów głosów, które padły na półwyspie, George W. Bush wygrał przewagą 537!

Po dramacie roku 2000 wielu obywateli bezskutecznie domagało się reformy wyborczej Florydy. Dziś stan ten jest jeszcze bardziej wpływowy. Za sprawą rosnącej liczby mieszkańców, zwłaszcza napływających rzesz imigrantów z Ameryki Łacińskiej, Floryda dysponuje obecnie 29 głosami kolegium. Mniejszość latynoska to 15 proc. elektoratu Florydy. Wśród nich najbardziej wpływowi, a przy tym wierni Republikanom, są amerykańscy Kubańczycy. To może się jednak niedługo zmienić. Szacuje się bowiem, że do roku 2020 imigranci z Portoryko przeskoczą liczebnie Kubańczyków, co może mieć istotny wpływ na krajobraz polityczny Florydy. Portorykańczycy, w przeciwieństwie do Kubańczyków, w zdecydowanej większości popierają Demokratów. Co więcej, ich status (Portoryko znajduje się pod jurysdykcją Stanów Zjednoczonych) pozwala im na udział w wyborach natychmiast po przyjeździe na teren USA. Zaangażowanie imigrantów z Portoryko jest więc konieczne, jeśli Demokraci chcą pomarzyć o "niebieskiej" Florydzie.

Jak to wszystko ma się do wyborów w listopadzie? Floryda potrafi być nieprzewidywalna, bo sama w sobie jest bardzo niejednolita. Północ i południe stanu dzieli ponad dziesięć godzin jazdy samochodem. To dużo. Zmienia się krajobraz, zmieniają się również ludzie. Na razie według sondaży Donald Trump i Hillary Clinton idą tu łeb w łeb. Przyjdzie nam więc poczekać i zobaczyć. Floryda ma to do siebie, że lubi trzymać w niepewności.