Pomarańczowa rewolucja na Ukrainie w 2004 roku, podczas której Ukraińcy odrzucili wybranego w nieuczciwych wyborach prorosyjskiego prezydenta, była dla Putina "ciosem, którego nigdy nie zapomniał" i "stworzyła model sprzeciwu wobec zmanipulowanych wyborów w eurazjatyckich autokracjach takich jak Kirgistan, Białoruś, Azerbejdżan czy, w 2012 roku, sama Rosja" - podkreśla Jackson Diehl.

"Większość tych zrywów się nie powiodła, ale u Putina zrodziły one obsesję na punkcie >>kolorowych rewolucji<<, które jego zdaniem nie są wcale spontaniczne ani organizowane lokalnie, lecz powstają pod dyktando USA (...)" - dodaje. W takim kontekście należy - przekonuje Diehl - postrzegać ingerowanie Rosji w przebieg tegorocznych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych.

"Putin stara się odpłacić amerykańskim elitom pięknym za nadobne; próbuje rozniecić, przy świadomej lub nieświadomej pomocy (kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta) Donalda Trumpa, kolorową rewolucję w USA" - zaznacza Diehl.

Dziennikarz zastrzega, że nie można porównywać ani populistycznej kampanii Trumpa do prodemokratycznych zrywów na Ukrainie czy Białorusi, ani też przygotowanej przez kandydatkę Demokratów Hillary Clinton ekipy do "reżimu Putina". Jednak - podkreśla - rosyjski prezydent chce stworzyć wrażenie, że takie porównania są uzasadnione.

Diehl wyjaśnia, że pierwszym etapem rosyjskiej kampanii było zhakowanie komputerów Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej (DNC) i ważnych przedstawicieli tego ugrupowania oraz "opublikowanie, niekiedy z poprawkami, materiałów rzekomo dowodzących oszustw wyborczych po stronie Clinton". Drugi etap to sugerowanie, że możliwe są manipulacje przy samych wyborach i zdaniem Diehla najprawdopodobniej taki cel miały próby włamania się hakerów do systemów głosowania w ponad 20 stanach.

"Tymczasem Trump odgrywa swoją rolę; nie mógłby bardziej przysłużyć się wersji promowanej przez Kreml, choćby czytał z kartki" - ocenia "WP". Powtarzając ostrzeżenia o rzekomo możliwych oszustwach wyborczych, Trump mobilizuje swych zwolenników jako obserwatorów wyborczych na obszarach, gdzie prawdopodobnie przegra, np. w Filadelfii, a stworzony przez niego ruch zamierza w kluczowych okręgach prowadzić własne obliczenia. "Nieuchronne relacje o >>nieprawidłowościach<< posłużą Trumpowi do ogłoszenia, że podczas wyborów doszło do oszustw" - podkreśla Diehl.

"Putin zdaje sobie sprawę, że Waszyngton to nie Kijów i że przed Białym Domem czy Kongresem nie staną tłumy protestujących. Rewolucja może jednak odbyć się w internecie. Proszę sobie wyobrazić internetowe wpisy, podbijane przez opłacanych przez Kreml trolli, kremlowską telewizję satelitarną i (...) stację Fox, utrzymujące, że grupa, którą Trump nazywa >>politycznym establishmentem<<, wpłynęła na wynik wyborów na korzyść Clinton" - pisze.

Demokratka rozpoczęłaby prezydenturę "osłabiona, zarówno w polityce krajowej, jak i zagranicznej". Wówczas "Putin miałby swój odwet, a Trump okazałby się bardzo użytecznym idiotą" - konkluduje publicysta "Washington Post".