"Nie jest łatwo żyć na wizie"

Urodzony na przedmieściach Birmingham 39-letni Oliver od zawsze związany był z satyrą. W trakcie studiów na Cambridge należał do uniwersyteckiego kabaretu. Później zaangażował się w projekty polityczno-satyryczne, spośród których największy sukces odniósł program radiowy "Polityczne Zwierzę", prowadzony wspólnie z Andym Zaltzmanem. Kluczem do przyszłej kariery telewizyjnej okazał się regularny udział w panelu satyrycznym "Podrwijmy z Tygodnia", emitowanym w BBC, gdzie Oliver wyróżniał się ciętym humorem i ogromną wiedzą.

Wkrótce, z rekomendacji znanego brytyjskiego aktora Ricky’ego Gervais, Oliver otrzymał zaproszenie do udziału w polityczno-satyrycznym "Codziennym Programie z Jonem Stewartem" w amerykańskiej stacji Comedy Central. Rola brytyjskiego korespondenta była skrojona specjalnie dla niego. Publiczność w USA pokochała jego akcent i niepowtarzalną umiejętność trafnego opisu absurdów amerykańskiej polityki. Satyryk podkreśla, że to właśnie pracy z Jonem Stewartem zawdzięcza wszystko, co później osiągnął. Od niego też najwięcej się nauczył.

Pierwsze sygnały o tym, że nadszedł czas na własny program telewizyjny, pojawiły się w 2013 roku, gdy Oliver, pod nieobecność Stewarta, na kilka tygodni przejął obowiązki głównego prowadzącego. Publiczność, chociaż wierna Stewartowi, bardzo wysoko oceniła pracę Olivera. W efekcie trzy miesiące później HBO zaproponowało Oliverowi własny program telewizyjny. Dziś wiadomo już, że decyzja była strzałem w dziesiątkę.

"Satyrze sprzyja bycie outsiderem"

"Zeszły Tydzień w Jeden Wieczór" otrzymał do tej pory cztery statuetki Emmy w kategorii publicystyczno-satyrycznej. W 2015 roku magazyn "Time" umieścił Johna Olivera na swojej liście 100 Najbardziej Wpływowych Ludzi Ameryki.

Wydłużająca się lista nagród i wysoko postawiona poprzeczka zobowiązują, a mimo to Oliver nie zawodzi. W każdym odcinku swojego programu dokonuje czegoś, co sam określa mianem "satyrycznego samobójstwa" - razem z grupą współpracowników przygotowuje długie segmenty na temat polityki krajoweji międzynarodowej, kwestii społecznych i praw człowieka. Każdy odcinek informuje, uświadamia absurdy i jednocześnie rozśmiesza; niektóre dodatkowo pobudzają do działania. Właśnie tak było po słynnym już teraz odcinku o tzw. neutralności sieci, czyli zasadzie, według której firmy oferujące dostęp do internetu nie mogą faworyzować lub blokować jakichkolwiek stron. Mało brakowało, by w 2014 roku zasada ta padła ofiarą polityki. Okazało się bowiem, że Kongres pod wpływem lobbystów z Comcast, Verizon i Time Warner - największych sieci kablowych w USA - zaczął prace nad nowymi przepisami. Prawo pozwoliłoby na handlowanie, a następnie faworyzowanie treści, które miałyby docierać do użytkownika. Pomysł ten stał w całkowitej sprzeczności z ideą "demokratycznego" internetu.

"Włączcie Caps Locka i fruńcie, moje ptaszki!"

W odpowiedzi na plany Kongresu John Oliver zrobił to, co robi najlepiej - przygotował trzynastominutowy segment poświęcony lobbystom z sieci kablowych. Plany fuzji Comcastu i Time Warner porównał do działań karteli narkotykowych, które łączą siły, żeby następnie podzielić między sobą obszary wpływów. Udowodnił, że za silnym lobbingiem przeciwko neutralności w sieci nie stało nic poza chęcią pozyskania rzeczywistego monopolu w dystrybucji dostępu do internetu.

Pod koniec odcinka, który na portalu YouTube miał ponad 9 milionów odsłon, Oliver zaapelował do widzów, by weszli na stronę Federalnej Komisji Łączności i umieścili komentarze z prośbą o przerwanie tego niebezpiecznego precedensu. Strona Komisji wkrótce padła pod ciężarem ponad 45 tysięcy komentarzy. Działania sieci kablowych, przynajmniej chwilowo, zakończyły się fiaskiem.

Choć w walkę o zachowanie neutralności internetu zaangażowało się wielu aktywistów oraz giganci z Doliny Krzemowej, większość z nich przyznaje, że to właśnie reakcja na program Olivera zadała ostateczny cios. Sam Tom Wheeler, dyrektor Federalnej Komisji Łączności, stwierdził, że satyryk zaoferował odbiorcom materiał, który był zrozumiały i dzięki temu porwał ich do działania. Żadna inna kampania w tej samej sprawie nie wywołała takiego zbiorowego poruszenia.

A wszystko to raptem 6 miesięcy po tym, jak HBO w maju 2014 roku wyemitowało pierwszy odcinek "Zeszłego Tygodnia w Jeden Wieczór".

Efekt Johna Olivera

Brytyjczyk zdaje się być szczerze zaskoczony sukcesem swojego programu. Na pytanie o tzw. Efekt Johna Olivera wzdycha z niecierpliwością. Oprócz "załatwienia" sprawy neutralności w sieci, Oliverowi przypisuje się również wkład w długo oczekiwane złagodzenie przepisów dotyczących przestępstw o niskiej szkodliwości społecznej. W tym przypadku chodziło o Nowy Jork. Satyryk bagatelizuje wpływ swojego programu na tę kwestię. Według niego burmistrz miasta Bill de Blasio był już w trakcie prac nad zmianami, gdy Oliver wyemitował odcinek o zamykaniu w więzieniach pozwanych, których nie stać na kaucję.

Ale na tym etapie fala pochwał jest już nie do zatrzymania. Sam Oliver za swoją nieumiejętność przyjmowania komplementów wini chłodne brytyjskie wychowanie. Prędzej czy później będzie musiał się nauczyć radzić z przypisywaną mu rolą sprawczą. Magazyn "Vanity Fair" określił go właśnie mianem najbardziej niestrudzonego dziennikarza w telewizji. Charlie Rose, przedstawiając Olivera widowni CBS, nazwał go nieustraszonym, dodając, że "przy użyciu ciętego humoru mierzy się on z trudnymi kwestiami". Wśród fanów Olivera są też znani artyści i aktorzy, jak choćby Tom Hanks, który, nie kryjąc się z podziwem dla osiągnięć satyryka, stwierdził: Oliver pozostaje jedynym głosem w sferze publicznej mówiącym nam, co jest ważne. Bez niego brakowałoby nam niezbędnej złości.

Blisko polityki, daleko od polityków

Relacje Olivera z politykami to już zupełnie inna sprawa. Satyryk podkreśla, że świadomie nie utrzymuje bliższych relacji z ludźmi władzy. - Gdy dziennikarz wchodzi do pomieszczenia, w którym znajdują się również politycy, w powietrzu powinno się czuć niewygodne napięcie, ponieważ - wykonując swoją pracę - zrobił w przeszłości coś, co tych polityków zirytowało. Z satyrą jest tak samo.

W 2014 roku Oliver głośno skrytykował coroczny bankiet korespondentów organizowany przez Biały Dom, podkreślając, że dziennikarze pławią się w samouwielbieniu, zamiast robić to, co do nich należy. - Gdyby nie fakt, że przez ostatnich kilka dni Waszyngton przygotowywał się do obiadu [na cześć korespondentów], głównym tematem rozmów w mieście byłby pewnie pogłębiający się kryzys na Ukrainie.

Oliver informuje Amerykanów nie tylko o kwestiach krajowych, ale właśnie również międzynarodowych. Polityczni liderzy raczej nie należą do fanów jego działalności. Junta wojskowa w Tajlandii oficjalnie uznała Olivera za wroga reżimu po tym, jak w 2014 roku wyemitował odcinek o "kampanii szczęścia" zorganizowanej przez generała Prayuth Chan-ocha. Jej celem, według Olivera, było odwrócenie uwagi Tajów od prób drastycznego ograniczenia praw człowieka i wolności słowa. Gdy z kolei w lutym 2015 roku, na dwa dni przed planowanym wiecem przeciwko polityce prezydenta Putina, w centrum Moskwy zastrzelono lidera opozycji, Borysa Niemcowa, Oliver stwierdził: Komuś, kto nie wie dosłownie nic o Rosji, to [morderstwo] mogłoby się wydawać szokującym zbiegiem okoliczności. Osobiste zaangażowanie Putina w śledztwo satyryk podsumował jednoznacznie: To będzie największa zagadka dla detektywa Putina od czasów, gdy udało mu się odnaleźć "zaginiony" Półwysep Krymski.

Choć Oliver pozostaje nieugięty i ciągle podkreśla, że jest satyrykiem a nie dziennikarzem, coraz trudniej myśleć o jego programie tylko w kategoriach komedii. Trafnie zobrazował to gospodarz popularnego programu "The Late Show" Stephen Colbert, który w wywiadzie z Oliverem zapytał: Co jest kolejne na liście rzeczy, którymi zamierzasz mnie poruszyć, a które do tej pory uważałem za mało istotne?

"Dzięki Ci, Boże, za prezydenta Trumpa"

Pojawienie się Donalda Trumpa na scenie politycznej zaszokowało wielu, również Olivera. Zaraz po nominacji udzielonej przez Partię Republikańską, satyryk przyznał, że w najśmielszych snach nie przewidywał takiego scenariusza. Rozmawiając ze wspomnianym już wcześniej Colbertem, Oliver stwierdził: Każdy tydzień jest dla mnie teraz niczym jazda kolejką w kierunku piekła. Te wybory są deprymujące pod każdym możliwym względem. Jako gatunek będziemy musieli po tym wszystkim wziąć głęboki oddech i obiektywnie przyznać, co zrobiliśmy.

Trump, choć na pewno nie należy do fanów "Zeszłego Tygodnia w Jeden Wieczór", z jakiegoś powodu kilkakrotnie skłamał, że otrzymał zaproszenie do udziału w programie. Oliver stanowczo zaprzecza, choć poświęca mu oczywiście sporo uwagi. Regularnie obnaża kłamstwa, rasizm, ksenofobię i seksistowskie komentarze kandydata Republikanów. Bierze też pod lupę jego wyborcze obietnice, jak choćby pomysł wybudowania muru na granicy USA i Meksyku. Oliver przeanalizował dogłębnie plan od strony ekonomicznej i podsumował go jednym zdaniem: Margines błędu Donalda Trumpa jest równy PKB Mołdawii. Przypomniał też widzom o kradzieży funduszy z organizacji charytatywnej jego imienia. Pieniądze, które na konto fundacji wpłacali zwykli Amerykanie, Trump wydał na pokrycie kosztów spraw, które wytoczono mu w sądzie.

Po niedawnych rewelacjach związanych z taśmą, na której Trump opisuje seksualne napastowanie kobiet, poparcie dla niego po raz pierwszy od dawna znacząco spadło. Coraz głośniej mówi się, że kandydat Republikanów zaprzepaścił tym samym szansę na wygraną w wyścigu do Białego Domu. Być może Trump sam zdaje sobie z tego sprawę - na ostatnich wiecach nawoływał bowiem ludzi do bojkotu całego procesu wyborczego, który jego zdaniem jest fałszowany. Atakując nie tylko oponentów, ale również samą Partię Republikańską, Trump naszkicował obraz państwa, w którym nie tylko polityka, ale również media, a przede wszystkim sama idea demokracji, wymagają jego interwencji. W trakcie jednego ze zgromadzeń w West Palm Beach na Florydzie Trump obiecał słuchającemu go tłumowi, że dzięki niemu ta kampania będzie dla wszystkich "drogą do nieba".

Oliver nie zwlekał z odpowiedzią: Nie przesłyszeliście się. On [Trump] widzi siebie jako prześladowanego zbawcę ludzkości, który pewnego dnia zabierze swoich wyznawców do nieba. Już od jakiegoś czasu wiedzieliśmy, że Donald Trump uważa się za wcielenie Chrystusa. Teraz widzimy, że on mówił o tym w sensie dosłownym!