Koniec monsunu nigdy nie był tak bardzo wyczekiwany w Asamie jak tego roku.

Woda najpierw powoli przenikała przez szpary w drzwiach. Z ulicy dochodził szum strumienia, który przybierał z każdą sekundą i chwilę później zdezorientowany Bisnu Gogoi brodzi po kostki między fotelem a kanapą swojego salonu. - Bardzo dziwne doświadczenie - czterdziestolatek, mieszkaniec Guwahati, stolicy Asamu opisuje powódź z końca czerwca 2016 roku. - Nie było czasu, żeby odpowiednio zareagować. To stało się tak szybko - dodaje.

Wspomina, że Guwahati zawsze zalewało. Miasto leży w niecce, nad brzegami Brahmaputry, potężnej rzeki płynącej z Tybetu. - Ale nigdy nie było tak źle - podkreśla.

Indyjskie rzeki regularnie wylewały przynosząc żyzny muł i wysokie plony. Jednak w XXI wieku powodzie stały się szczególnie dotkliwe i pozostawiają po sobie tylko zniszczenie.

Tego lata gwałtowne deszcze monsunowe długo nie ustawały i w połowie lipca potężna fala pochłonęła obszar, gdzie mieszka ponad 1,5 mln ludzi. Zmyło maszty telekomunikacyjne i przestały działać komórki. Setki wiosek znalazło się pod wodą, ludzie stracili zwierzęta i plony - często główne źródło utrzymania. Kiedy woda w końcu ustąpiła, rolnicy odkryli, że ich pola są zasypane piaskiem i trudno coś na nich posadzić.

W sąsiednim Nepalu w ciągu dwóch dni zginęło 58 osób. W Bangladeszu powódź zabiła 42 ludzi; we wrześniu liczba osób dotkniętych katastrofą szacowano na ponad 4 mln.

Tylko że w mediach mało kto o tym mówił. Nawet w indyjskich - skarży się Gogoi i dodaje, że tak jakby dla mediów w Delhi stany północno-wschodnie nie były częścią Indii. - Przebiliśmy się dopiero, gdy kilka nosorożców utonęło w parku Kaziranga - dodaje ze śmiechem.

W tym samym czasie Ganges przekroczył w Delhi stan krytyczny. Ulewy monsunowe sprawiły, że nawet Gurgaon było zagrożone. A przecież miasto satelickie Delhi reklamowano jako nowoczesny model dla całych Indii. Tymczasem największe kanały telewizyjne pokazywały zalane skrzyżowania i gigantyczne korki.

Obrazy jak z filmów katastroficznych - opowiada Soham Modżumdar, który utknął w drodze do domu. - Strach było zostawić samochód, bo nie działały studzienki odprowadzające wodę - dodaje.

Bo ich tam nie ma! - śmieje się Vani Sood, architekt, która od kilku lat mieszka w południowym Delhi, przy trasie wiodącej do Gurgaon. - W Gurgaon nikt nie przejmował się budową infrastruktury ani planem zagospodarowania. Teraz mamy tego efekty - mówi.

Sood tłumaczy, że miasto miało być prywatną inwestycją, która nie potrzebowała ingerencji państwa, bo z założenia powinna być bardziej efektywna. Dlatego powstało miasto bez kanalizacji, odpowiednich linii elektrycznych i studzienek odprowadzających deszcz monsunowy. Mieszkańcy zamkniętych osiedli, w większości aspirująca klasa średnia, za wszystko musi teraz płacić ekstra.

Podczas monsunu jest naprawdę źle - mówi Kryszna, który przyjechał do Gurgaon z Nepalu i jest kucharzem dla kilku rodzin na zamkniętym osiedlu. Kryszna mieszka w improwizowanym slumsie, który wyrósł w pobliżu osiedla wieżowców. - Kiedy pada deszcz, nasze domki po prostu toną i nie mamy, gdzie uciec. Tracimy cały majątek - tłumaczy.

W Guwahati, które jest na rządowej liście przebudowywanych tzw. inteligentnych miast, jest wiele takich osób jak Kryszna. Migrują w poszukiwaniu pracy do wielkiego miasta i uciekają od powodzi.

Tego dnia, gdy woda wdarła się do domu Gogoja, Bisnu z sąsiadami poruszali się po ulicy łódkami, bo woda w niektórych miejscach sięgała aż po pachy. W dzielnicy Anil Nagar piętrowe domki są jeszcze względną nowością. W Asamie, północno-wschodnim stanie Indii, tradycyjnie wystarczał tylko parter. - Nawet w miastach, wyłączając ścisłe centrum, dopiero od niedawna ludzie budują wyższe kondygnacje. A już na obrzeżach miasta, tam gdzie mieszka klasa robotnicza, parter to norma - tłumaczy Gogoi, który handluje elektroniką.

Władze miasta winią za powodzie nielegalnych osadników, którzy zajmują podmiejskie bagna, które przyjmowały wodę powodziową. Z kolei ekolodzy wskazują na zmiany klimatyczne.

Zawsze mocno padało podczas monsunów i powodzie zawsze zdarzały się w Asamie. Ale w kilku ostatnich latach, zwiększyła się intensywność opadów. Teraz mamy więc ciężkie opady występujące przez kilka dni, zamiast przez dłuższy okres, czego rezultatem są błyskawiczne powodzie - tłumaczy specjalistycznemu portalowi TheThirdPole.net Parthya Jyoti Das z instytutu badawczego z Guwahati.

Co gorsza - jego zdaniem - rzeka zostawia więcej piasku niż mułu, a to uderza w rolników i uszkadza wały nadbrzeżne. Niektórzy eksperci winią za to tamy, które zatrzymują muł. Spowolniony nurt nie pcha już wystarczającej jego ilości w dół rzek. Tamy są jednak priorytetem nie tylko w Indiach, ale też w sąsiednim Bhutanie i Nepalu, które cierpią na deficyt energii elektrycznej.

To cena postępu - komentuje zaskoczony powodzianin Bisnu Gogai.

Z Delhi Paweł Skawiński