"Słuchaj, słuchaj, chcę wyjechać do Emiratów". Co byś mi doradziła, gdybym faktycznie miała taki plan?
To może, ale nie musi być dobry pomysł. Wszystko zależy od tego, gdzie dokładnie chciałabyś wyjechać. Bo inaczej praca wygląda w Abu Zabi, gdzie ja się zatrzymałam, a inaczej w Dubaju, gdzie tylko bywałam. W Abu Zabi mniej jest obcokrajowców, a przez to – jeśli tylko masz kwalifikacje – łatwiej jest się przebić. Pomaga fakt, że jesteś biała, masz wykształcenie europejskie - od razu dostaniesz dobrą pensję. W Dubaju, gdzie jest dużo osób z innych krajów, w tym sporo z Europy Wschodniej, konkurencja jest większa, a i praca – mniej płatna.

Podobno teraz w Dubaju zmieniło się na tyle, że pracodawcy zatrudniają już bez ubezpieczenia.
To jakieś szaleństwo, ale na szczęście w innych miastach nadal nie możesz pracować, jeśli nie masz ubezpieczenia. Przecież to podstawowy obowiązek tamtejszego pracodawcy! A ten na poziomie zapewnia też np. opiekę ortodontyczną i okulistyczną.

A zatrudnią przy tym na etat? Czy może tylko na kontrakt?
Na kontrakt – musisz na nim być, bo inaczej nie dostaniesz wizy pracowniczej; taki kontrakt się potem przedłuża wraz z nową wizą. Ale, co też ciekawe, dużo jest i takich pracodawców, którzy przydzielą wysoko wykwalifikowanym pracownikom a to willę komunalną (są całe ich osiedla), a to czek mieszkaniowy na 200 tys. dirhamów (to mniej więcej tyle samo, co w Polsce, czyli ok. 200 tys. zł – przypis red.). Choć równie dobrze może to być samochód terenowy, dopłata do benzyny, prywatna opieka medyczna… Profity są różne, ale musisz też pamiętać, że jeśli zatrudnisz się przez firmy outsourcingowe, to dadzą ci tylko wizę i opiekę medyczną. Nic więcej. Żadnych dotacji mieszkaniowych, czeków, dopłat, a nawet odprawy.

To może chociaż moja pensja będzie wtedy wyższa?
Zapomnij, na to nie masz co liczyć. Będzie dobrze, jeśli wynegocjujesz ok. 7 tys. dirhamów (7 tys. zł – red.). za prace biurowa w sektorze prywatnym. (Posady rządowe są lepiej opłacane, ale tez trudniej je dostać bo w dużej części są rezerwowane dla Emiratczyków). Bo np. stewardesa dostaje tam 8-11 tys. dirhamów, choć wiele zależeć będzie od tego, ile lata, a bankowiec, który sprzedaje karty kredytowe – 4-7 tys. dirhamów. Ci zatrudnieni w działach pożyczek i prowizji mogą liczyć na więcej, bo 7-10 tys. dirhamów. Inne przykłady? Filipińskie sekretarki w Dubaju chętnie zatrudnia się za 2-3 tys. dirhamów, a taksówkarz zarabia około 3 tys. dirhamów. Nie są to i tak duże pieniądze, jak na tamtejsze warunki.

Jak wysokie są w takim razie koszty życia?
Bardzo wysokie i stale rosną. Tylko za wynajęcie pokoju w Abu Zabi – jeśli nie masz czeków na cały rok – musisz płacić 3,5 tys. dirhamów miesięcznie, w Dubaju oczyścicie jest drożej. Jeśli więc zarabiasz 7 tys. dirhamów, to na życie zostaje ci połowa tej kwoty. Dużo – myślisz, ale nie wiesz jeszcze, że rzeczy w hipermarketach są trzy razy droższe niż w Polsce. A jeśli chcesz np. iść na lepsza kolację, to musisz się liczyć z wydatkiem rzędu 300-400 dirhamów. Zostają ci więc libańskie restauracje, gdzie posiłek kosztuje 50-70 dirhamów, uliczne restauracje indyjskie - 20-30 dirhamów albo tylko szawarma, czyli placek z mięsem za 5-7 dirhamów. W Emiratach w ogóle jest tak, że jeśli chcesz coś robić, to z reguły wiąże się to z wydawaniem dużych sum pieniędzy. Tu nie ma np. rynku po którym można spacerować cały dzień. Poza tym jest gorąco wiec raczej odpadają przejażdżki rowerowe.

A zwykłe kawiarnie, jakie mamy w Europie? Działają tam?
Nie, kawiarenki się tam nie przyjęły. Są za to kluby plażowe i prywatne plaże, do których wstęp też słono kosztuje; odpowiednio: 150-300 dirhamów i 75 dirhamów (z leżakiem i parasolką). Jest co prawda publiczna plaża, ale gdybyś tam poszła, to wszyscy mężczyźni by się na ciebie patrzyli i chcieli obmacywać. Nie widzieli zbyt wielu białych kobiet w swoim życiu, a już na pewno nie w bikini czy jeansach bo np. wyciągnięto ich z wprost z ulic Peszawaru czy bengalskich więzień i zatrudniono jako tanią siłę roboczą na budowach. Powiem więcej, nawet w centrum miast zdarzało się, że budowlaniec złapał mnie za pośladki, a moją koleżankę za biust. I to w biały dzień. To był jedyny moment, kiedy nie czułam się w Emiratach bezpieczna.

Z czego wynikają tak duże różnice w tamtejszych zarobkach?
Z polityki władzy, która wszelkimi sposobami stara się chronić Emiratczyków i faworyzować na rynku pracy. Nic w tym dziwnego, bo stanowią oni jedynie 15 proc. społeczeństwa; reszta to ludność napływowa. Efektem tego jest np. emiratyzacja, która w praktyce oznacza, że pracodawcy muszą w pierwszej kolejności zatrudniać Emiratczyków, a każda firma prywatna musi mieć emirackiego współwłaściciela. Ogłoszenia z hasłem: "Rekrutujemy tylko Emiratczyków" albo "Emiratczycy preferowani" nikogo tam nie dziwią. W myśl tej samej zasady Emiratczyk będzie też zarabiał 3-4 razy więcej niż nie-Emiratczyk; i to na tym samym stanowisku. O tym się zresztą mówi otwarcie.

Skoro to nie tajemnica, to ile dokładnie Emiratczyk dostanie do ręki?
Jeżeli nie ma doświadczenia w pracy, to około 25 tys. dirhamów, na stanowisku administracyjnym – 40-45 tys. dirhamów, a na managerskim – 60-80 tys. dirhamów i więcej. Oni po prostu mają przywileje, bo to ich kraj. Nie ma równości. Jest dziki zachód – awans np. dostaje się nie dlatego, że jest się lepszym, ale dlatego, że jest się rodowitym Emiratczykiem. Tam, gdzie pracowałam, była np. dziewczyna z emirackim paszportem. Od lat tkwiła na tym samym stanowisko tylko dlatego, że jej mama pochodziła z Indii.

W przypadku cudzoziemców kraj pochodzenia też ma tak duże znaczenie?
Bez dwóch zdań. W Emiratach każdy paszport ma swoją cenę. Amerykanie np. zarabiają dwa razy więcej niż Polacy. Takich nierówności w wynagrodzeniach jest zresztą więcej, bo o ile np. portier w wieżowcu zarabia średnio 1 tys. dirhamów, to ten zatrudniony w budynku rządowej korporacji gazowej – tam pracują tylko Emiratczycy – dostanie już 12 tys. dirhamów. Podam ci jeszcze jeden przykład. Poszłam kiedyś do aquaparku w Abu Zabi. Widzę białą twarz. Jestem w szoku. Mężczyzna pracuje jako ratownik. Rozmawiamy. W pewnym momencie pytam go wprost, ile wyciąga. "Dostaję 2 tys. dirhamów", mówi. Może dla niego to dużo, ale jak na tamtejsze warunki to głodowa pensja. "Oszukali cię. Europejczycy nie pracują tu za takie stawki, chłopak był po studiach. Przecież nawet bangladeski niepiśmienny taksówkarz dostaje więcej, bo 3 tys. dirhamów", przekonuję. "Jak to jest możliwe, że w ogóle zgodziłeś się pracować za takie pieniądze?!".

Otworzyły mu się oczy?
Temu się akurat otworzyły, choć przekonywałam go jeszcze chwilę: "Przecież jeżeli wejściówka do aquaparku dla trzyosobowej rodziny to jedna trzecia twojej wypłaty, to jak Ci się to kalkuluje?". Ale takich jak on spotkałam wielu. Przyjeżdżali bez przygotowania, bez nagranej pracy, na wizie turystycznej na 30 dni i padali łupem cwanych wyzyskiwaczy. Najlepsze na co możesz wtedy liczyć, to np. catering, praca w salonie piękności i dzielenie pokoju z sześcioma Filipinkami w warunkach, które daleko odbiegają od reklam luksusowych hoteli. Można przeżyć przygodę, ale dobrej pracy lepiej szukać przed wejściem na pokład samolotu. Najlepiej tez mieć kartę kredytowa na czarna godzinę.
Ale też w środowisku rodowitych Emiratczyków tez nie jest łatwo. W ZEA popularne jest słowo to łasta: koneksje układy. Na dobrych stanowiskach rządowych awans i pracę dostaje się dlatego, że jest się czyimś synem. Albo zna się wujka, który jest wysoko postawiony w przemyśle naftowym, albo powinowatego szejka. "Kim ja jestem?", "Kogo znam?" – to tam podstawowe pytania. Obowiązuje myślenie w kategoriach plemiennych. "Bo my się w rodzinie wspieramy".

Gdzie w takim razie pracują cudzoziemcy?
O ile Emiratczycy w zasadzie tylko w administracji i sektorze naftowym (powoli przybywa inżynierów i lekarzy; do tego dochodzi armia i policja), o tyle handel, usługi, produkcja i infrastruktura należą do ekspatów. Emiratczyka nie spotkasz za lada w KFC, przynajmniej dopóki ropa się nie skończy. Ale ten podział idzie jeszcze dalej, bo np. Pakistańczycy, Indusi albo Arabowie zatrudniani są głównie w usługach i handlu, gdzie zarabiają 5-8 tys. dirhamów, Jordańczycy i Syryjczycy – jako nauczyciele w państwowych szkołach za podobne stawki. Filipińczycy opanowali z kolei usługi i pielęgniarstwo.
Spora cześć społeczeństwa to też gosposie, które są w dużej mierze zdane na łaskę gospodarzy - nie są objęte prawem pracy. Rekrutuje się je z Indonezji Indii i Filipin, Etiopii itd. Personel sprzątający, z tych samych krajów, zatrudniony na umowy potrafi pracować 30 dni w miesiącu za 800 dirhamów.

Przecież za 800 dirhamów nie sposób przeżyć?!
Właśnie dlatego ci o tym wszystkim mówię. W Emiratach nie jest też tak, że osoba wykształcona w Europie pracuje fizycznie - chłopak, który kończy inżynierię nie zaciąga się przecież do pracy w wakacje do stawiania cegieł. Tam do takich prac ściąga się ludzi prosto z biednych rejonów Półwyspu Indyjskiego i płaci grosze za katorżniczą prace w upale. To są ludzie często niepiśmienni. Mieszkają po 15 w barakach. Bez klimatyzacji w okropnych warunkach sanitarnych. Też wyciągają kolo 800- 1000 dirhamów. To jest zupełnie inny świat.

To gdzie w takim razie można spotkać Europejczyków?
Czas kiedy można było przedłużać sobie wizy trochę zmienił rynek pracy i Europejczycy pojawili się w wielu nowych sektorach. Tradycyjnie sporo jest jednak Europejczyków, Amerykanów, Australijczyków w szkolnictwie wyższym, na posadach wymagających określonych technicznych czy administracyjnych kwalifikacji czy też np. w liniach lotniczych. W Dubaju jest trochę inaczej, tam najwięcej ludzi szuka pracy od zaraz. Efekt? Można ich spotkać np. w restauracjach i cateringu. Wszystko dlatego, że biała twarz to dla emirackiego przedsiębiorcy nobilitacja. Kelner z Europy ma na ogół dosyć dobre wykształcenie, potrafi porozmawiać z klientem, a tego w tej branży brakuje. Europejski pracownik podnosi tym samym profil lokalu. Podobnie jest zresztą też np. w hotelarstwie.

A czym Ty się zajmowałaś?
Pracowałam przez kilka lat w administracji rządowej, dokładnie w tamtejszym odpowiedniku NFZ. Udało mi się zatrudnić jeszcze zanim zaczęła obowiązywać ścisła emiratyzacja. A odpowiadałam za pracę administracyjna i kadrową. Zaczynałam wcześniej bo o godz. 7 rano; Emiratczycy nie pracują po 15:00. Moja pierwsza praca w Emiratach była z kolei w liniach lotniczych, to tam też firma rządowa. Pełna opieka zdrowotna, mieszkanie, urlop 28 dni.

Urlop macierzyński?
Tak, z reguły 3-4 tygodnie. W Etihadzie, kiedy tam pracowałam zamiast macierzyńskiego było zwolnienie z pracy. Teraz już wprowadzono urlopy.

Wychowawczy?
Nie, ten był tylko dla Emiratczyków.

A emerytura?
Też tylko dla Emiratczyków. Ale musisz też wiedzieć, że w Emiratach nie płaci się podatków. Żadnych. Z nikim nie musiałam się więc rozliczać. I jeśli zarabia się powiedzmy 15 tys. dirhamów, to dostaje się do ręki 15 tys. dirhamów.
Jest też tzw. end of service benefits, gdzie pracownik może liczyć na odprawę po zakończeniu pracy - naliczana jest za każdy rok zatrudnienia; nie obowiązuje jednak pracowników firm prywatnych i outsourcingowych. Tyle teoria. W praktyce pracujący Emiratczyk może liczyć na na co najmniej 10 tys. dirhamów emerytury. To najniższa kwota gwarantowana. Do tego dochodzi jeszcze u niego oczywiście odprawa za każdy przepracowany rok; i to niezależnie od tego, czy pracował w firmie państwowej czy prywatnej. ZEA bardzo dba o swoich obywateli. A nierzadko ta ekskluzywność przekłada się na butę i roszczeniowe postawy typu: "Mnie się wszystko należy, bo ja jestem Emirati", "Nie będę stał w kolejce, bo jestem Emirati".

Nie będę się przepracowywał, bo jestem Emirati też?
Oni nie mają parcia na wykonywanie obowiązków czy np. przychodzenie do pracy na czas. Moja koleżanka tuż po tym, jak tylko się w niej pojawiła, brała torebeczkę Channel i wychodziła na zakupy i to na cały dzień. Wracała tylko po to, żeby odciskiem palców wyklikać się z pracy. Inni w ogóle nie przychodzili – cały czas przedstawiali tylko lewe zwolnienia lekarskie. Byli przy tym niezwalniani, bo szefowie dawali im za każdym razem kolejne szanse.
Tak na dobrą sprawę, to oni w ogóle nie muszą pracować. Nie muszą zarabiać na utrzymanie albo na ratę kredytu. Każdy Emiratczyk dostaje np. ziemię od państwa, a na wesele np. 100 tys. dirhamów dotacji. To superopiekuńcze państwo. Przeszli wprost z beduińkiej biedy do pertodolarów i nie wytworzyli klasy pracującej. Od tego mają ekspatów. Trudno się dziwić, ze Emiratczycy nie maja silnej etyki pracy ani etosu stachanowca. Gdyby rynek pracy był wolny i takie zmienne jak wydajność pracy, czy koszty zatrudnienia miały istotne znaczenie, to niewielu pewnie znalazłoby zatrudnienie.  Także dlatego, że tydzień pracy w sektorze rządowym, gdzie głównie pracują, liczy 5 dni; wolne są piątek i sobota. W prywatnym biznesie pracuje się 6 dni, a wolny jest piątek.

Skoro już o weekendzie mowa, to co w ogóle Emiratczycy robią po pracy?
Siedzą na nadmorskich bulwarach, popijają arabska kawę albo szaleją na quadach z kolegami. Jeśli chodzi o kobiety – to udają się przede wszystkim do salonów piękności i na zakupy. Dużo czasu – i to niezależnie od płci – spędzają też z rodzinami, tym bardziej, że mają prywatne działki z krytymi basenami, gdzie mogą rozebrać się do stroju. Na takich działkach Emiratczycy często hodują ot tak sobie po kilka wielbłądów; to taki ukłon w stronę tradycji beduińskich (hodują je dla przyjemności, a wszelkie prace zlecają ogrodnikom). Zajmują się też hodowlą koni czy np. baranów – tych ostatnich główne w charakterze przysmaków serwowanych w czasie spotkań towarzyskich, na które też bywałam zapraszana. I nie ukrywam chętnie z tych zaproszeń korzystałam.

Od trzech miesięcy już cię jednak w Emiratach nie ma. Pracodawca nie starał się ciebie zatrzymać?
Próbował, ale za każdym razem odpowiadałam: "Wychodzę za mąż i mąż nie pozwala mi pracować". To dobry powód, by nikt cię za bardzo nie wypytywał o szczegóły. "OK, życzymy powodzenia. Będzie nam ciebie brakowało", odpowiadali już tylko.

A chciałabyś tam kiedyś wrócić do pracy?
Oczywiście, ale to już niemożliwe. W książce "Beduinki na Instagramie" poruszam tematy bardzo niewygodne dla Emiratczyków, bo piszę np. o formach współczesnego niewolnictwa, opisując prace gospoś. A na to są paragrafy – tam nie można krytykować kraju; i to w żadnej formie. Kilka miesięcy temu głośno było np. o Australijce, która miała trafić za kratki za wpis na FB. Oburzyła się, bo jakiś samochód na zaparkował pod jej domem i zajął dwa miejsca dla niepełnosprawnych i wrzuciła z krytycznym komentarzem na Facebook. Ktoś rozpoznał auto – choć numery były zaczernione – i zainteresowała się nim policja. Autorkę wpisu odnaleziono i zakuto w kajdanki. Tylko dzięki temu, że usłyszała o tym zagranica, skończyło się "jedynie" na wydaleniu z kraju i karze pieniężnej za obrazę właściciela samochodu.
Gdybym ja ponownie pojawiła się w Emiratach, to też ryzykowałabym więzienie.