Wybory do Kongresu USA nie budzą zwykle takiego zainteresowania jak wybory do Białego Domu, ale ich wyniki zadecydują, co będzie mógł dokonać przyszły prezydent, zwłaszcza na arenie krajowej. To Kongres bowiem uchwala ustawy, zatwierdza kluczowe nominacje, ratyfikuje traktaty międzynarodowe i kontroluje budżet państwa.

Obecnie w obu izbach przeważa Partia Republikańska (GOP): w 100-osobowym Senacie zasiada 54 Republikanów i 46 Demokratów, a w Izbie Reprezentantów – 246 Republikanów i 186 Demokratów. Demokraci tylko w pierwszych dwóch latach prezydentury Baracka Obamy posiadali większość w obu izbach; potem stracili ją najpierw w Izbie Reprezentantów, a w ostatnich wyborach do Kongresu, w 2014 r., także do Senatu. W efekcie GOP może blokować niemal wszystkie ważniejsze inicjatywy prezydenta w polityce wewnętrznej.

Przewiduje się, że w rezultacie tegorocznych wyborów Demokraci prawdopodobnie odzyskają większość w Senacie, ale Republikanie zachowają kontrolę w Izbie Reprezentantów. Jeżeli prognozy te, oparte na sondażach przedwyborczych, się sprawdzą, ktokolwiek zamieszka w Białym Domu, Hillary Clinton czy Donald Trump, będzie miał władzę podobnie ograniczoną, jak obecnie Obama.

Prognozy zwycięstwa Demokratów w wyborach do Senatu opierają się głównie na tym, że spośród 34 mandatów będących tym razem przedmiotem rywalizacji wyborczej, aż 24 jest zajmowanych przez Republikanów, a tylko 10 przez Demokratów. Sondaże wskazują, że z tych ostatnich, tylko 1 mandat jest zagrożony. Natomiast spośród 24 Republikanów ubiegających się o reelekcję, tylko 14 zdecydowanie przeważa w swych stanach nad demokratycznymi rywalami na trzy dni przed wyborami, a pozostałych 10 idzie z nimi "łeb w łeb" w wyścigu wyborczym, albo im ustępuje.

Według sondaży, w tych ostatnich 10 wyścigach do Senatu, w trzech, w stanach: Wisconsin, Illinois i Pensylwania, zdecydowanymi faworytami wydają się Demokraci, a w pozostałych szanse są wyrównane. Tymczasem do odzyskania kontroli w Senacie Demokratom potrzebne jest zdobycie tam tylko pięciu dodatkowych miejsc. A jeśli wybory wygra Hillary Clinton – jedynie czterech, ponieważ przy równej liczbie, 50 mandatów, dla obu partii decydujący głos w spornych sprawach oddaje wiceprezydent.

Tymczasem w Izbie Reprezentantów przewaga 60 mandatów na korzyść GOP uważana jest za zbyt wysoką do odrobienia przez Demokratów. Ci ostatni musieliby wygrać w co najmniej 30 okręgach zajmowanych obecnie przez republikańskich kongresmenów. Ostatnim razem aż ponad 50 lat temu partia urzędującego prezydenta zyskała tak wielką liczbę mandatów (Demokraci w 1964 r., kiedy prezydent Lyndon B. Johnson wygrał wybory z miażdżącą przewagą nad Barrym Goldwaterem).

Sukces Demokratów w tym roku jest tym mniej prawdopodobny, że w ostatnich kilkunastu latach republikańskie legislatury w wielu stanach zmieniły granice okręgów wyborczych tak, aby zapewnić tam wybór polityków z ich partii. Praktyka manipulacji granicami okręgów, znana jako "gerrymandering" (wytyczająca je np. tak, aby dominowali tam wyborcy afroamerykańscy), stosowana jest zresztą również przez parlamenty stanowe zdominowane przez Demokratów, co ułatwia wybór politykom demokratycznym.

Występuje też zależność wyborów do Kongresu od wyborów prezydenckich. Spekulacje na ten temat opierają się na zjawisku znanym jako "coattails", kiedy atrakcyjność kandydata do Białego Domu pomaga także kandydatom z jego partii do Kongresu. W tym roku, kiedy oboje kandydaci na prezydenta: Trump i Clinton mają podobnie liczny "elektorat negatywny", czyli wydają się równie nieatrakcyjni dla wielu wyborców z ich własnej partii, mamy do czynienia z fenomenem "coattails a rebours".

Według ekspertów działa to w większym stopniu w odniesieniu do Trumpa, któremu poparcia odmówiło bardzo wielu prominentnych Republikanów. Stąd przewidywania, że niektórzy republikańscy kandydaci do Kongresu, którzy zdystansowali się od kandydata GOP na prezydenta, podkreślając jak bardzo się od niego różnią, mogą zostać wybrani mimo jego niepopularności, co ma znaczenie w szczególnie w liberalno-progresywnych stanach obu wybrzeży USA.

Z drugiej strony, jak zwraca uwagę politolog z Uniwersytetu Virginia, Geoffrey Skelley, w ostatnich cyklach wyborczych coraz rzadziej się zdarza, by na kartach głosowania wyborcy opowiadali się za kandydatem na prezydenta z jednej partii i za kandydatem do Kongresu z partii przeciwnej (tzw. split ticket – podzielona karta). Przyczyną jest rosnąca polaryzacja polityczna amerykańskiego społeczeństwa.

Jeżeli jednak - jak się na razie przewiduje - Demokraci odzyskają większość w Senacie, będzie to miało bodaj największe znaczenie dla losu nominacji prezydenckich w wymiarze sprawiedliwości, a przede wszystkim sędziów Sądu Najwyższego, stojącego na straży konstytucji USA. Ewentualne zwycięstwo Clinton 8 listopada zapewni, że w jego składzie dominować będą sędziowie liberalni.