Cisza. Spokój. Można rzec – marazm. Choć Zachód po obu stronach Atlantyku próbuje właśnie „spiąć się” negocjowanymi w tajemnicy umowami handlowymi CETA i TTIP, nie dochodzi do żadnych protestów. Ulice są puste, a głosy wątłej krytyki ciche.

A przecież w 2001 r. w Genui 200 tys. lokalnych i przejezdnych demonstrantów wyszło na ulice tego miasta, by zaprotestować przeciwko szczytowi G8. Wtedy politycy rozmawiali o... redukcji biedy na świecie. Koktajle Mołotowa, rozbijane witryny korporacyjnych sklepów i setki rannych. Jeden zabity. Z jednej strony protesty nakręcał tzw. czarny blok złożony w pewnej mierze z zaprawionych w ulicznych bojach włoskich, i nie tylko, anarchistów. Po drugiej stronie barykady stała policja, której przedstawiciele w czasie tych dni łamali prawo i nadużywali przemocy, za co po siedmiu latach 13 z nich zostało skazanych. Obrazki tych scen obiegły światowe media. Podobnie jak dwa lata wcześniej demonstracje z Seattle. Niektórzy właśnie wydarzenia na Zachodnim Wybrzeżu USA, później nazwane bitwą o Seattle, traktują właśnie jako symboliczny początek ruchu alterglobalistów.

Poza zamieszkami podczas międzynarodowych szczytów (w 2004 r. Warszawa gościła Europejskie Forum Ekonomiczne, ale nie doszło do rozruchów) ci, którzy chcieli innego oblicza globalizacji, w mediach pojawiali się przy okazji spotkań w ramach Światowego Forum Społecznego. Ostatnie odbyło się w tym roku w sierpniu w kanadyjskim Montrealu i według organizatorów uczestniczyło w nim ok. 50 tys. ludzi. Jednak oddźwięk był już znacznie mniejszy niż kiedyś. Na początku Forum organizowano w brazylijskim Porto Alegre. Wtedy kilkadziesiąt tysięcy osób z całego świata spotykało się, by dyskutować o tym, jak powinien wyglądać nowy, wspaniały, a przynajmniej lepszy od obecnego świat. Rozprawiano wiele, goszczono lewicowych intelektualistów, jak choćby amerykańskiego lingwistę i filozofa Noama Chomskiego, którego „Rok 501. Podbój trwa” wydano w Polsce w 1999 r. O polityce prowadzonej przez USA pisał tak: „Rezultatem globalizacji gospodarki było pojawienie się w naszym kraju cech typowych dla społeczeństw Trzeciego Świata: stałej tendencji do tworzenia się dwuwarstwowego społeczeństwa, którego znaczne sektory stały się zbyteczne w procesie bogacenia się uprzywilejowanych”.

Swego rodzaju biblią alterglobalistów stała się jednak książka „No Logo” Kanadyjki Naomi Klein, która pokazała, jak szkodliwa może być działalność wielkich korporacji, jak łamane są prawa pracownicze oraz jak wielką siłę zyskała marka. „Książka powstała w oparciu o prostą hipotezę, iż z oburzenia narastającego w miarę odkrywania sekretów globalnej sieci znaków firmowych zrodzi się kolejny wielki ruch polityczny, potężna fala sprzeciwu wymierzonego w międzynarodowe korporacje, a zwłaszcza te z nich, do których należą najlepiej znane marki” – pisała autorka.

W 2005 r. po jednym ze spotkań Forum ogłoszono deklarację programową. Liczyła 12 punktów, a sygnatariusze (wśród nich noblista, portugalski pisarz José Saramago) postulowali m.in. umorzenie długów krajom globalnego Południa, opodatkowanie transakcji finansowych, zlikwidowanie rajów finansowych czy unieważnienia umów o wolnym handlu w ramach światowej organizacji handlu WTO.

Ruch alterglobalistyczny był i jest amalgamatem składającym się z tak różnych grup jak południowoamerykańscy rolnicy walczący z amerykańskim koncernem Monsanto, zwalczający MFW anarchiści z zachodniej Europy czy związkowcy z Polski. Wszystkim, w pewnym uproszczeniu, chodziło o to, by pożytki z globalizacji (czy też może raczej brak negatywnych skutków) odczuły nie tylko wielkie światowe koncerny, ale także zwyczajni Jan Kowalski czy John Smith. Chodziło także o to, by zasypać wciąż powiększającą się dziurę między najbogatszymi a najbiedniejszymi.

Bezbronni politycznie

Bestselerowe „No Logo” wydano w 2000 r. Co dziś pozostało po ruchu, który miał zasięg globalny i regularnie pojawiał się na czołówkach gazet, magazynów i telewizyjnych programów informacyjnych? – Bardzo niewiele. Szukając „plusów dodatnich”, był on jednym z bardzo licznych strumieni, który podkopywał intelektualną hegemonię neoliberalizmu i monetaryzmu. Ale chyba niczym więcej – zastanawia się prof. Rafał Chwedoruk z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. – Jednak nawet swego rodzaju załamanie doktryny neoliberalnej nastąpiło w wyniku kryzysu finansowego – dodaje.

Debata ekonomistów na poważnie zmieniła się po 15 września 2008 r., gdy upadł założony w 1850 r. bank inwestycyjny Lehman Brothers. Choć już w 2004 r. ekonomista, noblista Joseph Stiglitz opisał globalizację w krytyczny sposób, to jednak do wielkiego krachu było to postrzegane jako ciekawe i inspirujące dzieło lewicowego intelektualisty, które jednak niewiele może zmienić. Wołanie na puszczy.

Tymczasem na skutek krachu spełniło się kilka marzeń alterglobalistów. Za przykład weźmy Grecję. Po pierwsze, drakońska polityka austerity, czyli cięcia wydatków i podwyższanie podatków, kryzys tylko pogłębiła. Choć z tego powodu szkoda Greków, to zadziałało to jak sól trzeźwiąca. Na początku 2013 r. Olivier Blanchard i Daniel Leigh, ekonomiści MFW, przyznali, że nie doszacowali negatywnego wpływu takiej polityki na gospodarkę. Choć nie było to oficjalne stanowisko funduszu, to i tak był to przełom i podważenie neoliberalnych dogmatów w samym sercu świątyni wyznawców twardego monetaryzmu. Po drugie, do władzy w Grecji doszła lewicująca Syriza, formacja, której korzenie sięgają ruchu alterglobalizmu. Jednak od przejęcia władzy w 2015 r. partia ta poszła drogą wielu innych ugrupowań politycznych wywodzących się z kontestacyjnych ruchów społecznych, choćby polskiej Samoobrony. Mimo słów sprzeciwu, a nawet referendum odrzucającego propozycje wierzycieli, i tak przyjęła to, co narzucała jej tzw. Trojka, czyli przedstawiciele MFW, Unii Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego: drakońskie warunki spłaty zadłużenia. Poza tym w samej partii już doszło do rozłamu – jednym słowem uliczni rewolucjoniści przeistoczyli się w rasowych polityków.

– Jako ruch społeczny czy polityczny alterglobalizm jest bardzo lichy. W większości nie zdołał się zinstytucjonalizować. A to, co z nich zostało, jest bardzo odległe od pierwowzoru. Zdaniem wielu grecka Syriza jest wobec Trojki nawet bardziej uległa niż jej poprzednicy, czyli socjalistyczny PASOK – tłumaczy Chwedoruk. – Podobny scenariusz zakładam w przypadku dojścia do władzy hiszpańskiej partii Podemos. Alterglobaliści pozostali kompletnie bezbronni politycznie. Nie wystarczy mieć w wymiarze intelektualnym rację. Trzeba umieć to przełożyć na rzeczywistość. Kto dziś pamięta o stowarzyszeniu Attac? – pyta retorycznie. Dla niewtajemniczonych: to była jedna z sił napędowych organizujących protesty. Dziś to organizacja niszowa.

Bardziej pozytywnie ocenia ruch Piotr Szumlewicz, doradca OPZZ, przez lata biorący udział w różnych formach protestów przeciw globalizacji. – Nie da się zaprzeczyć, że ruch alterglobalistyczny jest w kryzysie. Nieco się rozmył. Ale za to przyjął zinstytucjonalizowaną formę. Coraz częściej związki zawodowe różnych krajów współpracują. Na przykład OPZZ we współpracy z naszymi kolegami z Danii broni polskich pracowników w tym kraju. Sukcesem tego ruchu jest to, że jego postulaty zostały przejęte przez wielu polityków. Na przykład obecnie w UE połowa krajów jest za wprowadzeniem podatku Tobina – wyjaśnia. To podatek, który w pierwotnym założeniu miał być nałożony na transakcje walutowe, dzięki czemu spekulowanie na tym rynku stałoby się mniej opłacalne.

– Jestem właśnie na Europejskim Kongresie Mobilności Pracy w Krakowie, gdzie mówi się o tym, by polscy hydraulicy we Francji zarabiali tyle samo co francuscy. Te postulaty jeszcze 10 lat temu były zupełnie utopijne. Rusza też rozmowa o europejskiej płacy minimalnej z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej. Nie zostały wprowadzone formy kontroli kapitału, ale o tym również dyskutuje się coraz więcej. Alterglobalizm jest za równaniem w górę, a nie w dół. I to może wkrótce nastąpić – broni dorobku ruchu Szumlewicz.

Mainstream potrafi zagłaskać

Z tym, że część postulatów alterglobalistów weszła do debaty publicznej, trudno polemizować. Monopol neoliberałów na recepty ekonomiczne został złamany, co widać choćby w procesie „drukowania pieniędzy” w Stanach Zjednoczonych i Europie. Jednak zasługa aktywistów wydaje się w tym niewielka. Doskonale widać to na przykładzie efemerydy, jaką okazał się ruch Occupy Wall Street.

Jeśli przyjmiemy, że każda wojna ideologiczna rozpoczyna się na poziomie języka, to jednak można zanotować sukces na ich koncie. – Paradoks historii polega na tym, że jeżeli dzisiaj ktoś mówi językiem alterglobalistów, to często nawet tego nie wie. W pewnym sensie stali się wewnętrzną, koncesjonowaną opozycją systemu kapitalistycznego, zostali wchłonięci – stwierdza Chwedoruk. I dodaje, że transnarodowe ruchy nie mają dziś większej siły przebicia, a ci, którzy faktycznie walczą z globalizacją, uciekają pod sztandary państw narodowych.

Z tym że w tym wypadku mamy raczej do czynienia z antyglobalistami z takich ruchów jak radykalnie prawicowy węgierski Jobbik i francuski Front Narodowy. Oni, broniąc się przez globalizacją, chcą powrotu granic – i to w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Z drugiej strony warto pamiętać, że w zglobalizowanym świecie pieniądze na kampanię francuskich nacjonalistów płyną m.in. z Rosji. Ale wewnętrznie sprzeczni są również alterglobaliści: chcą otwarcia granic podczas kryzysu migracyjnego, jednocześnie zapominając o tym, że większa podaż na rynku pracy utrwali prymat pracodawców nad pracobiorcami i w rezultacie sytuacja tych drugich przez lata się nie poprawi.

Na alterglobalizm można spojrzeć jak na bunt studentów, intelektualistów i części klasy średniej. Z tym że ten bunt w przeciwieństwie np. do roku 1968, który faktycznie przeorał świadomość zachodnich społeczeństw, wydaje się jak na razie nie mieć spektakularnych sukcesów. Długów najbiedniejszym krajom Afryki dalej nie umorzono – za to stają się one ofiarą kolonizacji gospodarczej nowego typu (infrastruktura za surowce) prowadzonej przez Chiny. Jeśli chodzi o raje podatkowe, to może faktycznie mają się one coraz gorzej. Ale jak donosił ostatnio „Bloomberg”, nowym miejscem docelowym dla bogaczy chcących uniknąć kontroli i rozgłosu stały się... Stany Zjednoczone, które nie przejmują się specjalnie trendem coraz większej jawności w bankowości. Tak więc tutaj zmiana w globalizacji polega na tym, że zamiast egzotycznych państw wyspiarskich zarabiać będzie największe mocarstwo świata.

Pewnym symbolem tego, w jakim miejscu znalazł się ruch alterglobalistów, były ostatnie perturbacje z podpisaniem traktatu CETA o wolnym handlu między Unią Europejską a Kanadą. W Polsce z tej okazji na jednej demonstracji znaleźli się przedstawiciele choćby wspominanego Stowarzyszenia Attac, lewicowej partii Razem i prawicowego Ruchu Kukiz ’15. Tymczasem raczej etatystyczny, prosocjalny i zwiększający podatki rząd Prawa i Sprawiedliwości umowę CETA przyjął nawet bez poważniejszej debaty społecznej. Z kolei w Belgii niektórzy komentatorzy w opieraniu się maleńkiej Walonii przed podpisaniem traktatu widzieli tylko to, że wkrótce w tym kraju zbliżają się wybory i tak naprawdę protest nie ma wiele wspólnego z tym, co w umowie faktycznie jest zapisane.

Wniosek jest niestety smutny: protesty protestami, ale decyzje i tak zapadają w zacisznych gabinetach polityków, w których głosy wyborców są brane pod uwagę tylko raz na cztery lata. Spoczywający jedną nogą na cmentarzu historii alterglobalizm pewnie przekręca się w grobie.