W najbliższy wtorek Parlament Europejski będzie wybierać swojego przewodniczącego, który zastąpi Niemca Martina Schulza. I wszystko wskazuje na to, że po raz pierwszy od wielu lat zostanie on wyłoniony w prawdziwym głosowaniu, a nie wskutek układu między dwiema największymi ugrupowaniami. Ale choć dotychczasowy system podziału władzy był krytykowany jako niemający wiele wspólnego z demokracją, decyzja socjalistów o zerwaniu układu jest co najmniej niefortunna. Nie przyczyni się także do wzrostu zaufania do europarlamentu.

Od pierwszych bezpośrednich wyborów do Parlamentu Europejskiego w 1979 r. kadencja jego przewodniczącego składa się z dwóch dwuipółletnich części. A od lat 80. obowiązuje nieformalny układ między chadecką Europejską Partią Ludową (EPP) a socjalistami (obecnie funkcjonującymi pod nazwą Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów, S&D), zgodnie z którym dzielą się tym stanowiskiem i wzajemnie popierają swoich kandydatów. Wyjątek od tego układu był jeden, gdy w latach 1999–2004 chadecy zawarli porozumienie z liberałami, a nie z socjalistami. Takie dzielenie się władzą budzi kontrowersje. Bo niezależnie od tego, która z dwóch głównych frakcji wygrywa wybory i jaką ma przewagę nad drugą, nie ma to wielkiego przełożenia na obsadę najważniejszego stanowiska. Co w efekcie nie zachęca obywateli do udziału w wyborach.

Teraz socjaliści ogłosili, że nie będą trzymać się porozumienia i zamiast poprzeć wystawionego przez chadeków Włocha Antonia Tajaniego, zgłosili własnego kandydata, jego rodaka Gianniego Pittellę. Tę decyzję uzasadnili właśnie przekonaniem, że przewodniczący powinien być wyłaniany w wyniku prawdziwych wyborów, a nie umowy. Ale fakt, że doszli do takiego wniosku w połowie kadencji, akurat gdy stanowisko ma przejść z rąk socjalistów do chadeków, budzi spory niesmak. Prawdziwym powodem jest to, że po wyborze chadeka na szefa europarlamentu mieliby oni trzy z czterech najważniejszych stanowisk w Unii.

Z ramienia EPP wywodzą się też przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker i przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Wówczas socjalistom pozostałaby tylko Federica Mogherini w fotelu szefowej unijnej dyplomacji. Dlatego teraz argumentują, że jeśli przewodniczącym Parlamentu Europejskiego miałby być chadek, to logicznie byłoby wymienić Tuska na socjalistę. To jednak mało prawdopodobne. Był już kiedyś taki przypadek, że chadecja miała w swoich rękach trzy ważne stanowiska – więc jest precedens. Po za tym do wyboru przewodniczącego potrzeba większości kwalifikowanej, a były polski premier ma poparcie kilku dużych państw członkowskich, więc o jej uzyskanie nie będzie łatwo. Podobnie jeśli przewodniczącym PE zostanie Włoch, zapewne pojawią się głosy, by zastąpić kimś innym Mogherini, bo byłaby to wyraźna nadreprezentacja jednego państwa. W unijnej układance parytetów między frakcjami politycznymi, państwami dużymi i małymi, starymi i nowymi, kobietami i mężczyznami jest to ważniejsze niż fakt, że zupełnie się ona nie sprawdza w roli szefowej dyplomacji.

Zatem o ile w ostatniej chwili nie zostanie zawarte jakieś porozumienie, we wtorek o funkcję szefa europarlamentu walczyć będzie ośmioro kandydatów. Zgodnie z procedurą w pierwszych trzech turach głosowania do zwycięstwa potrzebna jest bezwzględna większość. Jeśli nikt jej nie uzyska – co jest prawdopodobne – w czwartej pozostaną tylko dwaj, którzy w poprzedniej dostali najwięcej głosów. Szanse, że znajdzie się w niej ktoś inny niż Tajani i Pittella, są niewielkie. Nawet lider liberałów, były premier Belgii Guy Verhofstadt wydaje się być na straconej pozycji.

Wynik decydującej rozgrywki między obydwoma Włochami jest trudny do przewidzenia. Bo o ile można założyć, że skrajna lewica i Zieloni ostatecznie poprą Pittellę, a konserwatyści – Tajaniego, nie wiadomo, jak zachowają się deputowani z frakcji eurosceptycznych i niezrzeszeni – czy też uznają Tajaniego za mniejsze zło, czy nie wezmą udziału w głosowaniu. A o ostatecznym wyniku mogą decydować pojedyncze głosy. Kluczowe w tej sytuacji będzie zwłaszcza to, jak zachowa się liberalna frakcja ALDE.

Według analizy Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych liberałom bliżej do Pittelli, z kolei portal VoteWatch.eu na podstawie historii głosowań w obecnej kadencji uważa, że o wyniku rozstrzygną głosy 89 eurodeputowanych. Tych, którzy skłaniają się do Tajaniego, jest w tej grupie więcej, ale są oni mniej przekonani do głosowania niż potencjalni zwolennicy Pittelli. Czyli nadal nic nie wiadomo – poza tym, że na pewno będą to najbardziej zacięte wybory w historii Parlamentu Europejskiego.